BLOG – INDIE 2008 – BLOG

Ania & Mateusz

15 lipca – 12 sierpnia 2008

 


14 lipca | godz. 22:27 | napisał: Mateusz
Rozpoczyna się kolejna nasza wakacyjna przygoda. Padło na Indie, ale długo nie było to przesądzone. Chociaż pierwsze nasze myśli na temat tegorocznego lata krążyły właśnie wokół Indii, o tyle po drodze pojawiały się jeszcze pomysły na Amerykę Środkową, a później na Iran wraz ze Wschodnią Turcją. Nie byliśmy jednak przekonani do żadnego z tych miejsc, pomimo tego, że w obu przypadkach plany i orientacja w podróżowaniu po poszczególnych krajach były znacznie bardziej zaawansowane, niż (paradoks!) w przypadku podróży, którą właśnie rozpoczęliśmy. Rozpoczęliśmy, bo właśnie siedzimy w pociagu do Warszawy, a stamtąd, jutro, przez Helsinki lecimy do Bombaju. Na ostatnią chwilę zdecydowaliśmy się na Indie, głównie dzięki atrakcyjnej cenowo ofercie linii FinnAir.
O ile zeszłoroczna podróż do Azji Południowo-Wschodniej miała zupełnie inny charakter, niż podróż do Chin dwa lata temu, o tyle tegoroczne Indie też będą raczej niepodobne do wcześniejszych wypraw. Natłok wydarzeń ostatnich tygodni spowodował, że jesteśmy nie tylko marnie przygotwani, ale czuję się wręcz, jakbym jechał na weekend do Polanicy, a nie na miesiąc w miejsce tak odległe nie tylko geograficznie, ale przede wszystkim kulturowo. Dopiero wczoraj późną nocą pakowaliśmy się. Wyjątkowo mało wiemy o Indiach oraz podróżowaniu po nich. Właściwie, oprócz biletów lotniczych i rezerwacji Hotelu w Bombaju na pierwsze trzy noce, nie mamy nic. Wiemy, że chcemy zwiedzić wysokogórskie prowincje Indii - Kaszmir i Ladakh, ale jak i co oprócz nich, jeszcze nie. Wiemy też, że podróż musimy zakończyć 12 sierpnia w Delhi - stamtąd mamy lot powrotny. Jedziemy też w nietypowym składzie. Trzy dni później dołączają do Ani i mnie mój kuzyn Bartek oraz jego koleżanka Ewa. Nie będą z nami do końca - wracają wcześniej.



16 lipca | godz. 05:53 | napisał: Mateusz
Noc w Warszawie, w mieszkaniu Wojtka, minęła komfortowo. Na Okęciu znaleźliśmy się wcześnie i od razu rozsiedliśmy się w nowym, przestronnym Terminalu 2. Zaczytani, ledwo usłyszeliśmy leniwy komunikat z głośników, informujący o tym, że z powodów bezpieczeństwa należy niezwłocznie opuścić lotnisko. Chociaż komunikat powtarzano kilkukrotnie, nikt się nim nie przejmował. Pospolite ruszenie nastąpiło dopiero wtedy, gdy pracownicy lotniska zaczęli osobiście wypraszać pasażerów. Do nas i otaczających nas osób, po kilkunastu minutach, podeszła drobna pani. Cienkim głosem i z uśmiechem od ucha do ucha powiedziała "Mamy ewakuację, zapraszamy Państwa na zewnątrz". Po godzinnym przeszukaniu lotniska przez brygadę antyterrorystyczną, wróciliśmy na terminal i udaliśmy się, na szczęście bez opóźnienia, prosto do oprawy bagażowej. Cóż, zawsze jakaś rozrywka...
Lot do Helsinek, urozmaicony dwoma czerwonymi winami, a co się z tym wiąże atakiem śmiechu, minął szybko. Posileni na pokładzie jedynie małą bułką, w Finlandii zjedliśmy pizzę. Na deser piwko - kto zgadnie jakie? Przyjemnością było znalezienie się w tym kraju po raz kolejny, chociaż kilka godzin.
W następnym samolocie, potężnym Airbusie A340 wypełnionym pasażerami do ostatniego miejsca, czas zdecydowanie zwolnił. Trudno było spać, bo zegar biologiczny wskazywał na wieczór, a rozrywka pokładowa w FinnAir jest mało urozmaicona. Lot trwający 7 godzin 40 minut zakończył się punktualnie o 6:10 lokalnego czasu, czyli 2:40 w Polsce (nigdy wcześniej nie spotkałem się z przesunięciem czasu o niepełną liczbę godzin!). Noc nam uciekła. Swoją drogą - przelecieliśmy w poprzek cały nasz niedoszły Iran, którego światła miast, z wysokości 11 km, przy bezchmurnym niebie, oglądałem z prawdziwą pasją.



16 lipca | godz. 11:43 | napisał: Mateusz
No i zaczęło się... Mamy czego chcieliśmy, choć do momentu opuszczenia lotniska nie zdawałem sobie z tego sprawy. Za mało myślałem o tej wycieczce i za mało czytałem o Indiach. A może to właśnie lepiej? Pamiętam, kiedyś w jednym z Intercity, spotkałem pana Marka Śliwkę, znanego podróżnika i właściciela Logos Tour. W rozmowie, którą nawiązaliśmy, wyśmiewał "rozpieszczonych dzieciaków" uważających się za "wielkich podróżników", którzy na własną rękę zwiedzają odległe kraje, piszą płytkie blogi i tak na prawdę nie poznają kultur, wśród których przez okres wyjazdu przebywają. Zacytował wtedy jeden z przeczytanych przez siebie blogów, który rozpoczynał się słowami "wyszedłem z lotniska w Bombaju, a tam przed wejściem wielka krowia kupa i smród". No, przykro mi, za "wielkiego podróżnika" nie uważam się wcale, niech więc pozostanę "rozpieszczonym dzieciakiem". Pierwsze, czym przywitały nas Indie, to niebywały syf i smród, chciaż akurat dzisiaj kupa przed wejściem nie leżała.
Ale po kolei. Po odprawie celnej i odbiorze bagażu, w hali przylotów zaatakował nas tłum przekrzykujących się właścicieli punktów wymiany waluty. Ponieważ cenę mieli podobną, wybrałem przekornie oczywiście tego najbardziej cichego i skromnego. Za 100$ dostałem 4.110 Rupii, co oznacza, że 100 Rs stanowi 5,04 zł. Od razu udaliśmy się do punktu "Prepaid Taxi", gdzie opłaciliśmy z góry taksówkę (395 Rs) do zarezerwowanego wcześniej przez Internet hotelu "Residency Fort". Przed lotniskiem, wśród dziesiątek takich samych 30-40 letnich pojazdów pomalowanych w czarno-żółte kolory, odnaleźliśmy po numerze rejestracyjnym naszą taryfę i ruszyliśmy w drogę. Do hotelu jechaliśmy prawie godzinę, przez cały czas z szeroko otwartymi buziami. Pomijam już chwilowo szczegóły azjatyckiego ruchu drogowego. Do niego przywykliśmy, chociaż w żadnym z wcześniej odwiedzonych krajów nie był on aż tak chaotyczny, a ulice nie były kompletnie pozbawione znaków drogowych! Nigdzie też, w co trudno uwierzyć, sznury samochodów nie przejeżdżały na czerwonym świetle! Pomijam już, że samochód miał dziury w podłodzie, chociaż w ogólnym stanie technicznym był raczej dobrym: nic nie stukało w zawieszeniu, a silnik napędzany gazem CNG pracował równo. To, co najbardziej szokowało, to widoki za oknem. Długie kilometry okropnych slumsów, gdzie ludzie żyją wśród sterty śmieci, w brudnych szałasach, przykrytych workami foliowymi. Tego nie da się opisać, ani sfotografować. Ogólny odbiór wzmacnia otaczający zapach oraz multum dźwięków. Klaksony oraz krzyki słychać naokrągło w niebywałej ilości. Kierowca nie wiedział do końca gdzie mieści się nasz hotel, ale po zasięgnięciu rady "kolegów po fachu" i kilku nadrobionych kilometrach trafił. Ponieważ byliśmy w hotelu ok. 8 rano, a rejestracja była możliwa od 12:00, musieliśmy trochę poczekać. Zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na pierwszy spacer po dzielnicy "Fort", która jest centrum Bombaju. Wciąż krajobrazy przygnębiające. Miejsce slumsowych baraków zajęły tym razem wielkie postkolonialne budynki, ale na ulicach wciąż spało mnóstwo ludzi, przykrytych kartonem, bądź w ogóle ot, tak. Rozkładały się uliczne stragany z jedzniem. O ile w przypadku takich w Bangkoku oczy mówiły "kup i zjedz", o tyle tutaj, na ich widok, oczy mówią "tylko przypadkiem nie kupuj i broń Boże nie jedz!". Na śniadanie wróciliśmy do hotelowej restauracji i po nim nastrój poprawił nam się. Zjedliśmy pyszne hinduskie placki z sosem curry oraz sosem z mleka kokosowego, które pamiętamy i dobrze wspominamy z Malezji. Do tego kawa i herbata według ich niepowtarzalnej receptury. Całość, za dwie osoby, kosztowała 155 Rs. Po śniadaniu, kilka minut po 10:00, znalazł się pokój dla nas. Teraz jesteśmy po 3-godzinnej drzemce, więc odświeżeni udajemy się na podbój miasta.



17 lipca | godz. 06:45 | napisał: Mateusz
Jest uroczo! Szok szybko minął i czuję, że w pierwszym wrażeniu niesprawiedliwie potraktowałem to miasto. Popołudniowy Bombaj, niezwykle gwarny i z tłumem ludzi przemieszczających się w jedną i drugą stronę, odebraliśmy znacznie lepiej. Kilkukilometrowy spacer, po prostu przed siebie, nastroił nas bardzo pozytywnie. Przechodziliśmy obok eleganckich parków, momumentalnych i imponującyh budowli, wzdłuż wybrzeża deptakiem z niezliczoną ilością knajpek oraz ulicami z tysiącami drobnych straganów. Widzieliśmy symbol miasta "Bramę Indii" oraz jeden z najdroższych hoteli tej części świata - słynny "Taj Hotel", zbudowany przez rodzinę wszechobecnych przedsiębiorców o nazwisku Tata. Kilkakrotnie, w ramach odpoczynku, zatrzymywaliśmy się to na kawę, to na piwo, to na jakąś przekąskę. Nawet uliczne stragany z jedzeniem zaczynają wyglądać apetycznie i zachęcająco. Chyba i na nie przyjdzie niedługo pora. Właściwie o Bombaju powinienem pisać Mumbai. Tak brzmi od 1995 roku oficjalna nazwa miasta, chociaż stara, jeszcze z czasów panowania Brytyjczyków, jest mocno zakorzeniona i powszechnie używana. Mamy, jak na razie - oby nie zapeszyć, spore szczęście z pogodą. O ile lipiec, ze względu na obfite monsunowe deszcze, jest najgorszym miesiącem na zwiedzanie Bombaju, o tyle jeszcze nam nie padało. Co prawda niebo jest zasnute chmurami przez cały czas, ale jak się okazuje, niegroźnymi.
Tymczasem mam gotową pierwszą paczkę zdjęć - kto chce otrzymywać zdjęcia e-mailem, zanim po powrocie zamieszczę wybrane z nich na www? Proszę o informację, a chętnie będę wysyłał.



17 lipca | godz. 18:53 | napisał: Mateusz
Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od ponownej wizyty przy Bramie Indii. Dojechaliśmy tam autobusem miejskim za... 3 Rs od osoby (15 groszy!). Krótka sesja pozowanych zdjęć w miejscu, gdzie tłum turystów i uciekliśmy w mniej oblegane, a za to rekreacyjne miejsce. Również miejskim autobusem (tym razem za 8 Rs) dojechaliśmy na wzgórze Malabar Hill. Wokół wzgórza rozpościera się dość elegancka dzielnica apartamentowców (ogrodzonych i strzeżonych), a na jego samym szczycie zadbany park Kamala Nehru z "wiszącymi ogrodami" oraz widok na miejską plażę Chowpatti Beach i zatokę Black Bay. Następnym punktem dnia był rejon niezwykle gwarnego targowiska Jyotiba Phule Market. Tłum ludzi miesza się tam z hałaśliwymi i natrętnymi sprzedawcami licznych stoisk, a pomiędzy nimi przemieszczają się wiecznie trąbiące taksówki i skuterki. Do tego intensywny zapach przypraw i kadzideł w połączeniu ze smrodem sterty śmieci. Ogólnie klimat totalnego orientu. Chwilę wytchnienia znaleźliśmy w wegetariańskiej restauracyjce. Ponieważ pogoda tego dnia była jeszcze piękniejsza i często zza chmur wynurzało się palące słońce, potrzebowałem nakrycia na moją łysą głowę. Przez niezwykle wytrwałego "biznesmena", który dobre 10 minut chodził za nami i prosił abyśmy choć na chwilę zajrzeli do jego sklepiku, zostałem namówiony na dość orientalną białą czapeczkę w swoistym kształcie. Do tej pory do końca nie wiem dlaczego, ale od momentu, gdy ją założyłem, wszyscy przechodnie jak jeden mąż śmiali się ze mnie i wytykali palcami. W pewnym momencie, gdy salwami śmiechu wybuchnęli również policjanci sterujący ruchem na skrzyżowaniu, podszedłem i poprosiłem ich o wytłumaczenie dlaczego tak się dzieje. Z tego, co zrozumiałem (a bardzo trudno zrozumieć hinduską wymowę angielskich słów), jest to element tradycyjnego stroju wiekowych przywódców duchowych, a w podobnej czapeczke chodził m.in. ich bohater narodowy Ghandi. Nie zamierzam jednak ulegać presji społecznej i rezygnować z wygodnego, a przede wszystkim praktycznego gadżetu. Przynajmniej w ten sposób odwracam uwagę Hindusów od Ani, którą wszyscy mierzą od stóp do głów, powodując tym samym nierzadko niebezpieczne sytuacje na drodze, jeśli spoglądają zza kierownicy.
Wieczorem udaliśmy się do restauracji Pratap pobliżu naszego hotelu, poleconej przez koleżankę (Aniu, dziękujemy!). Ania zjadła tam ryż z krewetkami (72 Rs = 3,60 zł), a ja danie, na które czekałem z utęskneniem od zeszłorocznego pobytu w Malezji - kurczaka w sosie curry z Naan Bread (85 Rs). Jezu, jakie to pyszne! Kolację zapiliśmy popularnym piwem Kingfisher (85 Rs za butelkę 0,65l), które wolno sprzedawać tylko w stanie Maharashta (Bombaj jest jego stolicą). Na deser pęczek bananów zakupionych w warzywno-owocowym straganie ulicznym (20 Rs) i teraz, z brzuchem pełnym do nieprzyzwoitości, ledwo jestem w stanie przyciskać klawisze na klawiaturze.



18 lipca | godz. 21:41 | napisał: Mateusz
Rano dołączyli do nas Ewa i Bartek. Zaraz po ich przyjeździe z lotniska udaliśmy się na śniadanie do pobliskiej restauracji prowadzonej przez Parsów. Parsowie, stanowiący odrębną grupę religijną i społeczną w Indiach, są potomkami Persów, przybyłych w te rejony w VIII wieku. Ich przysmakiem, który spróbowaliśmy, jest akuri - jajecznica z ryżem i mnóstwem przypraw. Następnie odbyliśmy naradę dotyczącą kolejnego miejsca, w które udamy się. Ustaliliśmy priorytety, a kolejność postanowiliśmy uzależnić od dostępności biletów kolejowych w wagonach o lepszych klasach. Wiedzieliśmy, że zakup biletów w ostatniej chwili (czyli na dzień przed planowaną podróżą) jest ryzykowny. Wiedzieliśmy też, jak wyglądają gorsze klasy i chcieliśmy uniknąć spędzenia w nich nocy. Po zgodnych decyzjach poszliśmy do monumentalnego i przepięknego budynku dworca kolejowego Victoria Terminal, w celu skonfrontowania naszych planów z rzeczywistością. Pierwsze zadanie, jakie nas czekało, to odnalezienie właściwego okienka kasowego, w którym obsługuje się obcokrajowców. Kolejne, to wypełnienie specjalnych druków, na których zamawia się rezerwację miejsc w pociągu. Nie jest to wbrew pozorom takie łatwe. Trzeba podać szereg szczegółowych informacji, takich jak: numer pociągu, rodzaj pożądanej klasy (a jest ich wiele), kompletne dane osobowe pasażerów, miejsce tymczasowego zameldowania w Indiach, plan dalszej podróży. Bilety można zakupić dopiero po złożeniu owego druku i wylegitymowaniu się paszportem oraz przedstawieniu dowodu wymiany zagranicznej waluty na indyjską. Po niemal godzinnej, bardzo sprawnej przeprawie, mieliśmy w kieszeni bilety do pierwszego z naszych priorytetów! Pełen sukces! W sobotę, późnym popołudniem, jedziemy nocnym pociągiem do Jaipuru. Cena biletu za 1.160 km podróży, pokonywanej w 18 godzin klimatyzowanym sypialnym, to 1.750 Rs (88 zł) na osobę.
Popołudnie i wieczór mijały leniwie. Chcąc nagadać się, przemieszczaliśmy się od restauracji do restauracji, od baru do baru, od kafejki do kafejki. Próbowaliśmy licznych indyjskich pyszności, które zapijaliśmy delikatnym piwem Kingfish.



20 lipca | godz. 09:47 | napisał: Mateusz
W ostatni nasz dzień w Bombaju wybraliśmy się na wycieczkę na niewielką, aczkolwiek popularną wyspę o nazwie Elefanta. Dopłynęliśmy tam w godzinę małym stateczkiem spod Bramy Indii. Hinduski system "płać wszędzie za wszystko" spowodował, że kilka razy sięgaliśmy po portfel w ciągu jednej wycieczki, zamiast wykupić pakietu. Najpierw statek 120 Rs, po dopłynięciu do wyspy podatek turystyczny w wysokości 10 Rs, następnie wstęp do parku z jaskiniami - dla Hindusów cena 20 Rs, a dla obcokrajowców... 250 Rs! To normalna praktyka w tym kraju. Postanowiliśmy jeszcze wynająć przewodnika za kolejne 250 Rs (utargowane z 350 Rs), ale było warto. Rdzenny mieszkaniec wyspy ciekawie opowiadał o głównych atrakcjach przyciągających turystów na Elefantę (oprócz licznych żyjących tutaj małp), czyli jaskiniach z siedmiowiecznymi płaskorzeźbami boga Shiva.
Do hotelu wróciliśmy po spakowane wcześniej i zdeponowane tam bagaże, a korzystając z zaoszczędzonego czasu udaliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad. Dziewczyny zjadły po placku Dosa z lokalnym serem i warzywami (po 40 Rs), a Bartek i ja po Uttapamie - innym rodzaju placku. O ile Dosa to cienkie i chrupiące ciasto, o tyle Uttapam jest swego rodzaju biszkoptem - miękkim i kształtem przypominającym pizzę. Bartka Uttapam był warzywno-serowy (35 Rs), a mój bananowy (24 Rs).
Do dworca Mumbai Central, z którego odjeżdżał nasz pociąg do Jaipuru, dojechaliśmy z hotelu w 20 minut. Chociaż na miejscu byliśmy 40 minut czasem, bardzo długi ekspres o numerze 2955 czekał już na peronie. Bartek zorientował się wtedy, że zostawił w hotelu kartę pamięci z aparatu fotograficznego, wraz z czytnikiem. Postanowił zostawić nam swój bagaż, a samemu zdążyć odzyskać zgubę. Nasza trójka, mocno poddenerwowana, postanowiła zaczekać na Bartka już w pociągu. Łatwo znaleźliśmy swoje miejsca: przy wejściu do każdego z wagonów, objętych rezerwacją, znajduje się imienna lista pasażerów, nawet z płcią i wiekiem każdego z nich! Gdy do odjazdu pociągu pozostały 3 minuty, z emocjami w zenicie, zadzwoniłem do Bartka. Okazało się, że jest jeszcze w taksówce, która gna przez zatłoczony Bombaj jak szalona. Cóż... musieliśmy wytargać bagaże z pociągu oraz wysiąść. Gdy na dworcowym zegarze pojawiła się 18:50, konduktor pomachał chorągiewką i pociąg zaczął powoli ruszać. Na szczęście bardzo powoli. Na szczęście z otwartymi drzwiami, gdyż tutaj zamykanie ich w czasie podróży nie jest w zwyczaju. W tym momencie Ewa dojrzała na horyzoncie Bartka wbiegającego na peron i zdezorientowanego. Krzyknęła do nas "jest", więc ponownie zaczęliśmy wrzucać do jadącego już pociągu bagaże i wskakiwać do niego. Ania krzyknęła Bartkowi z całej siły "wsiadaj"! Na szczęście usłyszał i tak uczynił, tylko kilka wagonów dalej. To było istnie szaleństwo, a sekunda po sekundzie miłały jak nigdy. Udało się, dosłownie na ostatnią chwilę. Dzięki temu siedzimy teraz w pociągu i cały czas, jeszcze dochodząc zarówno psychicznie, jak i fizycznie do siebie, jedziemy w kolejne miejsce naszej podróży.



20 lipca | godz. 20:33 | napisał: Mateusz
20-milionowy Bombaj opuszczaliśmy przez ponad godzinę, obserwując zza okna na przemian długie kilometry slumsów ulokowanych wzdłuż torów kolejowych i stojące obok nich nowoczesne apartamentowce. To miasto, biznesowa stolica indii i jednocześnie największa i najnowocześniejsza metropolia, jest niezwykle kontrastowe. Pieniądze dzielą ludzi. Obok nowoczesnych hoteli i centrów handlowych żyją miliony bezdomnych, którzy utrzymują się za mniej niż dolara dziennie. Mijaliśmy podmiejskie pociągi, w których pasażerowie wiszą na schodach otwartych drzwi z powodu ścisku w środku.
Nasz "superfast express" to kolejna okazja do ponarzekania na wszechobecny w Indiach bród. Pierwsze wrażenie, pomimo szczerej radości z faktu, że w ogóle jedziemy dalej i tak było mocne. Jesteśmy w drugiej spośród klas sypialnych, na cztery możliwe (w najniższej bilet jest 5 razy tańszy). Pominąwszy fakt, że wagony z mocno przyciemnionymi i małymi okenkami, oświetlone ordynarnymi jarzeniówkami i pomalowane na zimne niebieskie kolory, są po prostu nieestetyczne i przygnębiające, znacznie gorszy jest głęboki brud. Widać, że przez wiele lat eksploatacji wagony są czyszczone bardzo powierzchownie, o ile w ogóle. Przydały się śpiwory, które mamy ze sobą, gdyż stan pościeli budzi wiele zastrzeżeń. W toaletach do spłukiwania nieczystości do dyspozycji pasażera jest wiadro z wodą i kubeczek. Mimo tego, całą noc przespaliśmy głęboko i rano obudziliśmy się w dobrych nastrojach. Zaprzyjaźniliśmy się z dwójką biznesmenów. Jeden jest dystrybutorem Playstation oraz produktów Logitech na Bombaj, a teraz planuje otwarcie sklepu w nowoczesnym centrum handlowym w Jaipurze. Drugi zarabia na przemyśle włókienniczym. Narzekali na wysokie ceny paliwa - ponoć jeszcze kilka miesięcy temu na podobnej trasie korzystaliby z samolotu, którego cena oscylowała wokół ceny pierwszej klasy koleją. Obecnie bilety lotnicze są 2 razy droższe, nawet pomimo faktu, że w Indiach na wewnętrznych lotach konkurencja jest ogromna (kilkanaście prywatnych linii lotniczych, a na trasie z Bombaju do Delhi nawet 50 lotów dziennie!). Rozmawialiśmy wiele o Indiach i o Polsce, a panowie pomogli nam między innymi wybrać kolejne ciekawe miejsca na dalszą część naszej podróży.
W Jaipurze, stolicy Radżastanu, wysiedliśmy z punktualnością co do minuty i od razu uderzyło nas gorące powietrze. Temperatury w lipcu nierzadko przekraczają tutaj 40 stopni celsjusza. Na szczęście wilgotność jest mniejsza, niż w Bombaju, więc te upały odczuwa się podobnie. Przy dworcu czekał kierowca z karteczką "Mr. Mateusz Molasy". To efekt zarezerwowanego dzień wcześniej hotelu "Umaid Bhawan", poleconego nam przez koleżankę. Kierowca zawiózł nas do prawdziwego pałacu! Ogromny dom, z tysiącem wzorków na ścianach, licznymi rzeźbieniami, antykami w pokojach i imponująco zdobionymi korytarzami, jest jak z baśni. Od pierwszego wejrzenia zrobił na nas ogromne wrażenie, również dlatego, że jest tutaj niezwykle czysto i estetycznie. Po upragnionym prysznicu i śniadaniu w równie pięknej restauracji na dachu, postanowiliśmy skorzystać z hotelowego basenu. W tak upalny dzień jego zimna woda była zbawienna!



21 lipca | godz. 20:28 | napisał: Ania
Wczoraj wieczorem wybraliśmy się na pierwszy spacer po mieście. Nagle zostaliśmy zaczepienie przez młodego, 25-letniego Hindusa. Stał oparty o swój motor, czarnego konia rodzimej produkcji. Ubranie schuldne, włos zaczesany do góry połyskujący brylantyną, biały ząb wyszczerzony w serdecznym uśmiechu. Zaczepił nas ot tak, banalną rozmową w stylu: skąd, dokąd, jak długo - taka gadaka-szmatka. Chciał porozmawiać, nawiązać kontakt ciekawy świata człowiek. Sam podróżował oprócz Indii tylko po Nepalu. Odległa Europa wydała się dla niego orientem. Zaproponował nam herbatę w pobliskiej kafejce. Mając w głowach pewną nieufność, chcąc na wszelki wypadek pokrzyżować plany potencjalnemu porywaczowi, za jakiego go wzięliśmy, zaproponowaliśmy mu jakąś restaurację na drugim końcu ulicy. Nasze obawy okazały się niesłuszne. W restauracji znajdującej się na dachu jednego z mniejszych hotelików bawiliśmy się świetnie. Zjedliśmy cudowne jedzenie, oczywiście bardzo pikantne, choć miało być "little, little". Pod koniec spotkania umówiliśmy się na następne.
Tak też się stało. Dziś rano obudziliśmy się później niż zwykle, bo o 9:00. Na 10:00 mieliśmy dotrzeć do centrum, bo tam czekał na nas Imran. Nasz nowy znajomy był punktualny. Zaczęliśmy spotkanie od śniadania. I znowu typowe hinduskie masala pratha oraz kawa z mlekiem. Najedzeni i napojeni czekaliśmy na dalsze propozycje. Młody Hindus szybko zorganizował samochód i kuzyna do towarzystwa. Niektórym w tym momencie wyobraźnia podpowiedziała ciąg dalszy krwawych porwań dla okupu. Skończyło się tylko odwiedzinami w farmie słoni należącej do rodziców Imrana. Było cudnie. Nie przypuszczałam, że słonie są takie duże:) Nawet ten najmniejszy, niemowlak mający 6 miesięcy, okazał się niezłym klocem. Wiem, bo próbowałam go podnieść z ziemi.
Kolejny przystanek - mój ulubiony - jedzenie. Tym razem także zostaliśmy zabrani do lokalnej restauracyjki, w której same hinduskie twarze. Cztery białe, w tym dwie żeńskie, budziły poruszenie. Jedzenie było pyszne i bardzo tanie. Za obiad dla sześciu osób (cały stół zastawiony różnymi sosami, warzywami i plackami) zapłaciliśmy w sumie 413 Rs, czyli 20 zł. Po posiłku rozstaliśmy się w uściskach. Umówieni na środę, cieszyliśmy się z mile spędzonego czasu.
Dalej dzień mijał leniwie. Poza tym, że kupiliśmy bilety autobusowe na dalszą część trasy (bilet nocny na środę, trasa Jaipur-Haridwar), nie robiliśmy prawie nic. Wróciliśmy do hotelu. Tam czytaliśmy książki, piliśmy kawę i kąpaliśmy sie w basenie. Na wieczór chłopcy zaplanowali wyjście do etnicznej wioski o wdzięcznej nazwie "Chokhi dhani". Miejsce to podobno słynie z typowego radżańskiego jedzenia i cudnych dziewic specjalizujacych się w tańcu brzucha. Tak to jest kiedy człowiek pozwoli zmysłom podejmować decyzje. Miejsce okazało się drogą pomyłką, która nie zapewniła ani pełnego brzucha, o tańcu brzucha nie wspominając. Zniesmaczeni, wróciliśmy do hotelu. Jutro przed nami kolejny dzień wrażeń.



23 lipca | godz. 07:34 | napisał: Mateusz
Wybraliśmy się na całodzienną wycieczką do Pushkaru. Zaledwie 15-tysięczne miasteczko należy do najważniejszych miejsc kultu dla wyznawców hinduizmu. Setki tysięcy pielgrzymów przybywają tam aby wykąpać się w wodach świętego jeziora i odwiedzić dziesiątki świątyń porozrzucanych na pobliskim terenie. Oprócz nich miasto odwiedzają liczni turyści. Na kilku wąskich uliczkach oraz wzdłuż brzegu niewielkiego, lecz bardzo brudnego jeziora, kłębią się tłumy ludzi, przemieszczających się od restauracji do restauracji, od straganu do straganu. Pomiędzy nimi krowy, dziki, czasami zaprzęgnięty wielbłąd. Wzdłuż każdej z uliczek ciągnie się kanał z nieczystościami, do którego lokalni mieszkańcy, na oczach wszystkich, załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Mimo wszystko było tam dość uroczo, choć niemiłosiernie gorąco. Po pewnym czasie przyzwyczailiśmy się też do wiecznie otaczającego nas tłumu żebrzących dzieci, handlarzy, próbujących wszystko sprzedać i riksiarzy, chcących koniecznie gdzieś nas podwieźć.
Do Pushkaru dotarliśmy rejsowym autobusem. Przez większą część drogi jechaliśmy porządną płatną autostradą, liczącą po trzy pasy ruchu w każdą stronę. Wiekowy i nieczęsto sprzątany pojazd pokonał trasę w 3,5 godziny, osiągając niekiedy prędkość nawet 80 km/h, dzięki której wyprzedzał niemal wszystkie inne pojazdy na swojej drodze. Samochodów osobowych mijaliśmy niewiele - dominowały stare i bogato zdobione tysiącami kolorowych kamieni oraz wisiorków ciężarówki lub inne autobusy. Czasami na autostradzie zdarzył się powóz zaprzęgnięty w wielbłąda, kilkakrotnie w poprzek drogi przechodziło stado krów, a dwa razy na naszej jezdni mijaliśmy ciężarówkę jadącą pod prąd! Droga minęła mi na czytaniu hinduskiej anglojęzycznej prasy (spektrum tytułów szerokie, gdyż jezyk angielski, oprócz hindi, jest drugim urzędowym). Odrzucone wotum nieufności dla rządu, dwudziesta rocznica zamieszek indyjsko-pakistańskich w Kaszmirze, złapany złodziej samochodów... Z zagranicy: wybory prezydenckie w Nepalu, bomba w autobusie w Kunming w Chinach, afera korupcyjna w Malezji i... Łódź! Nielegalne wyścigi samochodów na ulicach polskiego miasta. W wielu artykułach gazety jest zwrócona uwaga na żebractwo i skrajne ubóstwo ogromnej części społeczeństwa, ale wydaje się, że ten stan rzeczy ma powszechną akceptację społeczną, a swoje źródła we wciąż istniejącym systemie kastowym. Grupa "niedotykalnych" żyje z przekonaniem, że na lepszy los może liczyć w następnym wcieleniu, a w obecnym nie ma prawa dążyć do poprawienia swojego statusu społecznego. Zresztą nawet gdyby próbować, to jest to właściwie niewykonalne. Wszelkie szkolnictwo jest płatne, podobnie, jak opieka medyczna. Spotkany w Pushkarze 12-letni chłopiec, który zaprowadził nas na dworzec autobusowy, zapytany o szkołę odpowiedział "no money, no school". O sytuacji ekonomicznej Indii rozmawiałem również z naszym znajomym, poznanym dzień wcześniej Imranem. Mówił, że przeciętny człowiek wykonujący zwykły zawód zarabia w Indiach po 5-6 tysięcy rupii miesięcznie (250-300 zł) i obecnie, w czasach galopująch cen paliw oraz inflacji, która w zeszłym roku wyniosła 11,3% (inflacja to kolejny popularny tutaj temat), to niewiele. Imran ma szczęście, że studiuje i pracować nie musi. Jego 32-osobowa rodzina (mieszka razem z rodzicami, braćmi, ich żonami i dziećmi) zarabia sporo. Prowadzą farmę słoni, a brat jest właścicielem apteki. Wszystkie pieniądze zarobione przez członków rodziny trafiają do jednego worka i są dzielone według potrzeb poszczególnych osób. Gdy rodzice wybiorą Imranowi żonę (pozna ją pewnie dopiero w dniu ślubu), ona również zamieszka razem z nimi. Wtedy Imran, będący po studiach, podejmie dobrą pracę i zacznie zarabiać na całą wielką rodzinę. Rozmawialiśmy też o podatkach. Podstawą dochodu państwa jest VAT wynoszący 12,5%. Podatek dochodowy płacą nieliczny - wynosi 10% i jest liczony dopiero od zarobku przekraczającego 100.000 Rs rocznie.



25 lipca | godz. 07:17 | napisał: Mateusz
Jaipur jest nazywany "różowym miastem" z powodu pomalowanych na charakterystyczny łososiowy kolor wszystkich budynków wzdłuż murów miejskich i głównych arterii komunikacyjnych. Wygląda to fenomenalnie! Ostatniego dnia naszego pobytu w tym mieście mieliśmy porządnie je pozwiedzać, ale przez czynniki wyższe zostaliśmy zmuszeni do spędzenia większości dnia w Hotelu. Dopadły nas drobne dolegliwości: Anię bolał brzuch, Bartek czuł się grypowo, a mnie połamało w krzyżu. W końcu, po południu, zdecydowaliśmy się na samochodową wycieczkę do oddalego o kilkanaście kilometrów fortu Amber. W drodze powrotnej nasz taksówkarz pokazał nam, niestety z powodu późnej pory jedynie z okien potężnego i wiekowego Ambassadora, inne atrakcje Jaipuru: pałac Hawa Mahal oraz Pałac Miejski. Kierowca poprosił nas również o to, abyśmy zgodzili się na 15-minutowy postój w jednym z centrów handlowych. Przyznał się, że za zawiezienie nas tam dostanie 100 Rs, nawet jeśli nic nie kupimy. Zresztą odradzał kupowanie czegokolwiek ze względu na horrendalne ceny. Ceniąc jego uczciwość, zgodzliśmy się. Co prawda ceny regionalnych pamiątek, malowideł, włókien i ubrań nie przeraziły nas, gdyż przypominały polskie, ale na warunki indyjskie były zbyt wysokie. Faktycznie nic nie kupowaliśmy. W kwestii Jaipuru czujemy niedosyt poznania tego miasta, ale cóż... coś trzeba sobie zostawić na kiedyś.
Wieczorem wsiedliśmy do nocnego autobusu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Autobus pod względem komfortu przewyższał sypialne autobusy, które znamy z Chin: mniej łóżek, przez co są szersze i dłuższe. Niestety znacznie brudniejsze, niż w Chinach i bez jakiejkolwiek pościeli, ale mimo tego, dzięki naszym śpiworom, jechaliśmy wygodnie i wyspaliśmy się. Do Haridwaru dojechaliśmy o 11:30, z 2,5-godzinnym opóźnieniem. Wszystko przez liczne objazdy spowodowane pielgrzymką imponujących rozmiarów; miliony Hindusów udają się nad Ganges. Im oddano do dyspozycji autostradę z Delhi do Haridwaru, a cały ruch skierowano na lokalne drogi. Kilkakrotnie mijaliśmy tłumy ludzi ubranych na pomarańczowo, niosących różnorodne "ołtarzyki" i śpiewających. Haridwar nie był jednak docelowym miejscem naszego kolejnego postoju. Tam przesiedliśmy się w lokalny autobus, przepełniony do granic możliwości i nim dojechaliśmy do oddalonej o 25 km miejscowości Rishikesh - światowej stolicy jogi, pełnej świątyń i aszramów.



26 lipca | godz. 07:15 | napisał: Mateusz
Rishikesh to miasteczko w niewielkim stanie Uttarakhand, położone nad Gangesem. Stąd jest już bardzo niedaleko do wysokich Himalajów - szczyty Nanda Devi i Kamet, leżące 100-120 km stąd, liczą odpowiednio 7.816 i 7.756 m n.p.m. Za nimi są Chiny, a ok. 120 km na zachód od Rishikeshu granica z Nepalem. Nasz hotelik "Bhandari Swiss Cottage" jest zdecydowanie skromniejszy od poprzednich, ale też tańszy. Nie do pokonania jest za to widok z tarasu: zielone, wysokie góry na wprost, a w dolinie Święta Rzeka i zabudowania starego miasta. Długo jednak nie cieszyliśmy się tym. Bartka grypowe samopoczucie stawało się coraz poważniejsze. Pojawiło się rozwolnienie, a wieczorem, gdy temperatura jego ciała osiągnęła 40 stopni, zdecydowaliśmy się na wezwanie lekarza. Doktor medycyny ajurwedyjskiej, młody i elegancki, przyjechał na motorku z teczką pełną przyrządów i specyfików. Osłuchał Bartka, zbadał brzuch, a następnie wydał diagnozę: zatrucie pokarmowe z ostrą biegunką. Dokładnie wytłumaczył nam, w jaki sposób bakterie zaatakowały żołądek Bartka, co się teraz dzieje i jak to leczyć. Bartek dostał antybiotyk w zastrzyku, a do tego stos ziołowych tabletek na leczenie na kolejne dni. Doktor przepisał też tabletki dla Ani, chociaż jej bóle brzucha właściwie już ustępowały, oraz dla mnie - mój brzuch dawał delikatnie o sobie znać, ale albo jestem odporniejszy albo jadłem coś innego. To, co przytrafiło się Bartkowi, nie jest w Indiach niczym wyjątkowym - spotyka 30-70% turystów odwiedzających ten kraj w ciągu pierwszego tygodnia pobytu. Nasza statystyka, jak na razie, jest korzystniejsza. Z przesympatycznym lekarzem porozmawialiśmy również o diecie na najbliższy czas i pożegnaliśmy się wymieniając szczere serdeczności.
Cały wczorajszy dzień odpoczywaliśmy, zwłaszcza, że miejsce temu sprzyja. Siedzenie na naszym tarasie bądź w pobliskiej knajpce, czytanie książek i gazet, oglądanie filmów i granie na laptopie, było ogromną przyjemnością. Ewa i Ania zdecydowały się na godzinny masaż ajurwedyjski, który cały czas miło wspominają. W Rishikesh jest trochę chłodniej (ok. 30 st. C), chociaż wciąż gorąco. Klimat łagodzi zachmurzone niebo i przelotne opady deszczu. Dzisiaj jesteśmy wszyscy jak nowo narodzeni i udajemy się na odkrywanie uroków miasteczka.



26 lipca | godz. 17:05 | napisał: Ania
Jest pogodny wieczór. Siedzę przy stoliku, popijam kawę, spoglądam na miasto. Widok mam śliczny, bo nasz pensjonat położony jest na górze. Wszystko inne jest w dole. Myślę o kończącym się dniu.
Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na długi spacer po mieście. Przechadzka okazała się bardzo mecząca z dwóch względów: po pierwsze, z nieba lał się żar, po drugie, ulice wypełniały całe rzesze pielgrzymów pragnacych wykąpać się w magicznym Gangesie. Hindusi, których mijaliśmy, byli bardzo głośni i natrętni. Miałam wrażenie, że wywołujemy w nich dziką euforię. Ilekroć ich mijaliśmy, zaczynali wznosić setki okrzyków, które przypominały mi przerywniki intonowane przez harcerzy. Miało to mniej więcej taki schemat: jeden Hindus na przodzie grupy rzucał sylabę "bam" i w tym momencie pozostali odpowiadali mu umówionym wcześniej "bam, bam, bam". Tak to wyglądało - w dużym uproszczeniu. Poza tym niejednemu z nich do głowy przyszedł pomysł zrobienia sobie pamiątkowej "fotki" z nami. Moja irytacja wzrastała z minuty na minutę. Osiągnęła apogeum, kiedy jeden z pobożnych, wykorzystując tłum, w jakim się znajadowaliśmy, klepnął mnie w pośladek. Tego było za wiele!!!
Już teraz wiem, co najbardziej męczy mnie w tej podróży. Hinduski sposób bycia - absorbujące, natrętne zachowania, które w połączeniu z wszechobecnym, niewyobrażalnym brudem dają najbardziej zaskakującą mieszankę.
Spacer urozmaicaliśmy sobie przesiadywaniem w restauracjach. Tam popijaliśmy chłodne napoje i podziwaliśmy urocze widoki rozciągające się na szczyty górskie i rwący strumień świętego dla niektórych Gangesu.
Z ulgą wróciłam do nas, "na górę" - pensjonatu, w którym cisza i spokój. Do szczęścia brakowało mi zaledwie orzeźwiającej kąpieli i ... normalnego posiłku. Tak, tak, na jakiś czas lokalne jedzenie wykreślam z jadłospisu. Mam po prostu dosyć. Zauważyłam, że nie tylko ja. Ci, którzy tu mieszkają: Holendrzy, Anglicy, Szwedzi, Niemcy zamawiają cudnie smakujace dania kuchni włoskiej, hiszpańskiej, a nawet żydowskiej. Zatem zamówiłam i ja włoski rarytasik. Było smaczne i takie bliskie domu.
Po obiedzie późna drzemka i czytanie książki. A teraz kawa, owsiane ciastko, plany na jutrzejszą podróż. Z bezpiecznej odległości dochodzą do nas dzwięki miasta, wciąż modlącego się i tętniącego życiem.



28 lipca | godz. 18:58 | napisał: Mateusz
Wcześnie rano opuściliśmy Rishikesh, mając w perspektywie cały dzień w autobusie. Plan opracowany dzień wcześniej zakładał, że najpierw dojeżdżamy lokalnym autobusem do Dehra Dun (stolicy stanu, 1,5 godz. drogi), a stamtąd kolejnym autobusem (10 godz.) do wysokogórkiej miejscowości Shimla na kilka kolejnych dni. O ile pierwszy autobus punktualnie dojechał na swoje miejsce, o tyle drugi okazał się nie dla nas. Wolne miejsca były w nim już tylko... na dachu! Mając w perspektywie tak długi odcinek, musieliśmy zmienić plany. Wsiedliśmy do innego autobusu, który jechał mniej więcej w naszym kierunku - do Chandigarh, wspólnej stolicy dwóch zachodnich stanów: Punjab i Haryana. Dojechaliśmy tam po kolejnych pięciu godzinach i jak się później okazało, zmiana planów wcale nie wyszła nam na gorsze.
Chandigarh to niemal milionowa metropolia, bardzo młoda i jedyna w swoim rodzaju. Już w przewodniku przeczytaliśmy, że nie przypomina żadnego z innych indyjskich miast. To fakt - jest tam zdecydowanie bardziej zielono, czysto i nowocześnie. Główna różnica polega jednak na tym, że powszechny chaos został w tym mieście zastąpiony precyzyjnym zaprojektowaniem poszczególnych ulic i wyznaczonych przez nie sektorów miejskich. W połowie XX wieku dokonali tego architekci: amerykański, polski i francuski. Szerokie arterie komunikacyjne, rozmieszczone w układzie prostokątnym, kończą się rondami. Na każdym rondzie jest elegancko przystrzyżona trawa i bujna kolorowa roślinność. Architekura monotonna: przez kilka sektorów stanowiących centrum ciągną się takie same długie trzypiętrowe budynki, które na parterze wypełnione są sklepami i restauracjami mieszczącymi się pod arkadami, na piętrach hotelami lub biurami. W zewnętrznych sektorach miasta ludzie mieszkają w całkiem przyzwoitych willach lub 3-4 piętrowych osiedlach bloków. Nieuniknione są niestety sektory wypełnione slumsami... Nie ma co ukrywać - miasto nudne.
Kazaliśmy zawieźć się do sektora hoteli i tam rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu. Dwa pierwsze miejsca, nota bene rekomendowane przez nasz przewodnik "Lonely Planet" były dalekie od oczekiwań i drogie. W kolejnym, trzecim hotelu, utargowaliśmy dobrą cenę za dwie dwójki "Super DeLuxe" (1.000 Rs / pokój zamiast cennikowych 2.000 Rs) i zostaliśmy tam. Hotel i tak, podobnie zresztą jak sąsiednie, był właściwie pusty. Pokój, co prawda przestronny i dobrze wyposażony, był brudny, a jego zapach pozostawiał wiele do życzenia...
Późnym wieczorem udaliśmy się na drobne zakupy do pobliskiego sklepu. Wtedy centrum Chandigarhu wyglądało przygnębiająco - na chodnikach spało mnóstwo ludzi. To te same osoby, które za dnia chrzątają się po okolicy i miło spędzają czas w mniejszych lub większych grupkach.
Rano Chandigarh jeszcze bardziej zniechęcił nas do siebie i zaczął bardzo przypominać Chiny. Po pierwsze, pomimo tylu hoteli w okolicy, mieliśmy trudności ze znalezieniem miejsca na śniadanie. Po drugie, gdy już wreszcie trafiła się restauracja otwarta i spełniająca nasze oczekiwania, kelnerzy okazali się niezwykle nierozumni. To, że kopletnie nie orientowali się w podstawowych zasadach obsługi klienta to nic. To, że każdemu z nas przynosili za pierwszym razem coś innego, niż sobie zażyczylismy to te też nic. Miarka się przebrała, gdy kelner zaczął mi tłumaczyć dlaczego dostałem jajka sadzone zamiast zamówionej jajecznicy. Okazało się, że... jajecznicy dzisiaj nie ma!



29 lipca | godz. 12:14 | napisał: Mateusz
Jesteśmy w stolicy górskiego stanu Himachal Pradesh - niedużej miejscowowości Shimla (144 tys. mieszkańców). Leży wysoko, gdyż ponad 2.200 m n.p.m. Jest tutaj prześlicznie! Nawet na twarzy Ani zagościła szczera radość. Miasteczko, które można porównać do naszego Zakopanego, jest określane jako letnia stolica Indii. Ma długi, czysty i elegancki deptak, po którym przechadza się wypoczywająca indyjska klasa średnia. Naokoło liczne restauracje, bary i markowe sklepy. To typowe "piętrowe" miasto, a takie uwielbiam. Parter z jednej strony sklepu czy hotelu jest czwartym piętrem jego drugiej strony, a strome uliczki i liczne schodki ostro zakręcają w lewo i w prawo. W Shimli są dwie windy miejskie, które przypominają nieco tą z centrum Lizbony. Wożą mieszkańców i turystów z industrialnych terenów położonych w dolinie, do turystyczno-rekreacyjnej części miasta ulokowanej na stromym zboczu góry.
Drewniane hoteliki, w tym nasz, bardzo przytulny, oferują wspaniałe widoki. Oczywiście spędzanie czasu na tarasie, popijając "Indian Coffee", należy do wyjątkowych przyjemności. Należy jednak uważać na małpy, który w Shimli jest mnóstwo. Dzisiaj, kiedy jedliśmy sałatkę owocową, jedna z nich wskoczyła niewiadomo skąd na nasz taras i poczęstowała się owocami z talerza. Trzeba zawsze zamykać drzwi do pokoju, gdyż małpy nierzadko kradną różne przedmioty. Nareszcie temperatury powietrza są komfortowe: w dzień idealne na T-shirt, a wieczorem na sweterek. Na razie, po dwóch dniach w podróży, odpoczywamy. Pozwalamy też organizmowi przyzwyczaić się do górskiego powietrza i innego ciśnienia atomosferycznego, wynikającego z już dość potężnej wysokości, na jakiej znajdujemy się.
Ciekawie minęła nam wczorajsza podróż do Shimli. Dzięki przypadkowi, który sprawił, że znaleźliśmy się w Chandigarze, mogliśmy dotrzeć tutaj nie autobusem, ale wyjątkowo malowniczą drogą pokonywaną przez wąskotorową kolejkę "Himalayan Queen". Jej ponad 100-letnia trasa wiedzie z miejscowości Kalka (40 km na północ od Chandigarh) i na długości niemal 100 km malutki pociąg przejeżdża przez 101 tuneli i kilkaset mostów oraz wiaduktów. Na wysokość 2.200 m n.p.m. wspina się przez 6 godzin, jadąc z taką prędkością, że lokalni pasażerowie często wsiadają i wysiadają w biegu.



30 lipca | godz. 17:40 | napisał: Ania
Shimla to urocza miejscowość górska. Chyba jedno z pierwszych miejsc na naszej trasie, gdzie nie ma olbrzymiej ilości śmieci. Jest ich tylko trochę. Na ulicach miasta można spotkać jedynie dwie krowy i całe stada rozpuszczonych małp. Na naszym balkonie (a mieszkamy na ostatnim piętrze) regularnie gościmy kilka z nich. To nielegalni lokatorzy, przez których niekiedy czujemy się osaczeni. Właśnie teraz małpy zachowują się tak, jakby nażarły się szaleju. Biegają, skaczą, wrzeszczą i próbują ukraść każdy owoc. Pech chciał, że dzisiaj w planach, na kolację mieliśmy mieć sałatkę owocową... Zobaczymy, kto ją zje: my czy one. Małpy działają na Bartka jak płachta na byka. Ilekroć je widzi, rozpoczyna z nimi walkę. Przybiera wówczas postawę prawdziwego wojownika, a do ręki bierze krzesło. Komicznie to wygląda. We mnie małpy wywołują pozytywne uczucia. Uwielbiam je obserwować. Nad ranem, gdy już świta, a ludzie jeszcze śpią, one bawią się na dachu naszego hotelu. Pewnie organizują zawody sprawnościowe. Nie widzę tego, ale słyszę wszystkie dzikie odgłosy. Odsłaniam wtedy okno, ubieram okulary i czekam, bo może za chwilę jakaś pojawi się blisko.
Wracając do Shimli, dziś w ramach poznawania najbliższych okolic, wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę autobusową. Miała trwać kilka godzin, podczas których przewodnik oprowadzi nas po niezwykłych zakątkach. Kierowca autobusu z niesamowitą prędkością pokonywał górską drogę. Pasażerowie (głównie bogatsi Hindusi) kurczowo trzymali się wszelkich możliwych uchwytów. A ja próbowałam nie myśleć o żadnym jedzeniu. Pierwszym przystankiem był Himalajski Park Narodowy, który okazał się nieporozumieniem. Spacerowaliśmy wybrukowaną ścieżką między ogrodzonymi terenami zieleni i na siłę wyobrażaliśmy sobie zwierzęta, o których istnieniu zapewniał nas przewodnik. Kolejną atrakcją w ramach drugiego przystanku było pole golfowe. Bez komenatrza. I wreszcie trzecie magiczne miejsce. Autobus zatrzymał się. Wszyscy wyszli na zewnątrz podziwiać unikalny obrazek, którym okazał się sad z jabłoniami. Nie rozumieliśmy sytuacji. Przewodnik wytłumaczył nam, że owoce te można kupić na targu i to jest niezwykłe. Zaśmialiśmy się i powiedzieliśmy, że w naszym kraju takie drzewa rosną wszędzie, dokładnie wszędzie. Hindus poparzył na nas z podziwem i lekką zazdrością w oku. To dało się zauważyć. Wycieczka skończyła się, a my postanowiliśmy nietypowy dzień uczcić w dobrej restauracji, oferujacej kontynentalne jedzenie.



1 sierpnia | godz. 09:19 | napisał: Mateusz
Wczorajszy dzień znów minął nam w podróży. Najpierw dwie godziny czekania w Shimli na transport, a następnie prawie 9 godzin w drodze. Stary autobus jechał krętą górską drogą, nad przepaściami i urwiskami oraz wzdłuż skalistych zboczy. Czuliśmy się jak na karuzeli. Pasażerka dwa miejsca za nami większość czasu podróży spędziła na wymiotowaniu przez okno. Było tłoczno, a do tego przez mieliśmy walizki i plecaki pod nogami. Hindusi głośno charkali, ale w przeciwieństwie do Chinczyków nie pluli wewnątrz autobusu, lecz przez okno. Na drodze przeważnie leżał asfalt - dziurawy jak sitko. Odcinkami jechaliśmy po jezdni nieutwardzonej, przez którą przepływały potoki. Za oknami autobusu wspaniałe widoki. Zaskakuje wytrzymałość pojazdu, który przecież codziennie pokonuje setki kilometrów po takich drogach oraz bezdrożach. Silnik jest wiecznie żyłowany przy licznych, niekiedy bardzo stromych podjazdach, a hamulce ciągle gorące przy podobnych zjazdach. Fakt, autobus ma konstrukcję dość purytańską, ale sprawdza się świetnie. Na pochwałę zasługuje też kierowca. Chociaż w pierwszej chwili wydaje się, że od tego, co on wyprawia na jezdni, włosy powinny się jeżyć na głowie, tak po wielogodzinnym dystansie wspominam go z uznaniem. Liczne manerwy (na przykład mijanie się i wyprzedzanie na krętej górskiej drodze) wykonywał mistrzowsko. Zwłaszcza, jak zapadł zmrok, zrobiło się bardzo trudno. Wtedy liczne z mijanych pojazdów "zapomniały" o włączeniu jakichkolwiek świateł, a inne jechały na światłach drogowych nie przejmując się oślepianiem pozostałych uczestników drogi. Wąskie, jednokierunkowe tunele i wiadukty, kierowcy mijają dogadując się telepatycznie kto pojedzie pierwszy. Znaków drogowych brak. Mijaliśmy głównie ciężarówki oraz inne autobusy. Im dalej na północ, tym samochodów prywatnych było mniej, a jeśli już były, to przeważnie jeep'y. Warto także wspomnieć o istotnej roli, jaką w każdym autobusie odgrywa pomocnik kierowcy. Zajmuje się sprzedażą biletów i całą "techniczną" oraz rozrywkową obsługą pasażerów. Gdy ktoś chce wysiąć (autobus może wysadzić pasażera w dowolnym miejscu) mówi o tym owemu pomocnikowi, a ten w odpowiednim momencie, ile sił w płucach, dmucha w piłkarski gwizdek. Kierowca zatrzymuje się i pasażer wysiada. Jak już wysiądzie, po przeraźliwym huku zamykania metalowych drzwi, ponowny gwizdek daje kierowcy zielone światło do dalszej drogi.
O 23:00 dojechaliśmy do Dharamsali - miasta na północy stanu Himachal Pradesh. Nie był to jeszcze docelowy punkt naszej wczorajszej podróży. Stamtąd wzięliśmy taksówkę na kolejnych kilka kilometrów - do iście tybetańskiego McLeod Ganj. Malutka miejscowość, leżąca na wysokości 1.700 m n.p.m., nazywana "Małą Lhasą", jest miejscem odwiedzanym powszechnie przez zagranicznych turystów. Tutaj mieści się siedziba tybetańskiego rządu na uchodźtwie, a także mieszka w niej i urzęduje dalajlama.
Pierwszy, nocny spracej po McLeod Ganj, uświadomił nam, że jesteśmy w dość nietypowym jak na Indie miejscu. W kilka minut dotarliśmy z hotelu do czegoś na kształt rynku. Plac, będący centrum miasta, pomimo późnej nocnej godziny, tętnił życiem. W jednej z restauracji zobaczyliśmy w menu piwo... "Okocim Palone"! To kolejny polski akcent na naszej drodze, chociaż żadnych Polaków jeszcze w Inidiach nie spotkaliśmy.



2 sierpnia | godz. 19:04 | napisał: Mateusz
W McLeod Ganj zwiedziliśmy już właściwie wszystko. Podziwialiśmy buddyjskie świątynie, długo snuliśmy się uroczymi wąskimi uliczkami z niezliczoną ilością straganów i delektowaliśmy się wspaniałą tybetańską kuchnią. Poznaliśmy sympatycznego Amerykanina Edwarda, mieszkającego od 10 lat w Szwecji, a obecnie spędzającego rok w Indiach. Z wykształcenia architekt, pasjonat niekonwencjonalnej medycyny i zdrowego odżywania się. Chce zbudować w Himalajach od podstaw 100-tysięczne miasto, całkowicie ekologiczne i samowystarczalne - zasilane energią słoneczną i wytwarzające wszelkie produkty jedynie na potrzeby mieszkańców tego miasta. Obecnie poszukuje osób chcących włączyć się w projekt, o którym potrafi mówić godzinami.
Dzisiaj mieliśmy opuszczać McLeod Ganj i jechać dalej na północ w jeszcze wyższe Himalaje - do Srinagaru, stolicy Kaszmiru. Aby dostać się tam, chcieliśmy wynająć jeep'a z kierowcą, gdyż lokalnymi środkami transportu niełatwo pokonać tę trasę (14 godzin drogi). Niestety, nasze plany pokrzyżowała wielka polityka. W graniczącym z Pakistanem mieście Jammu, które znajduje się na jedynej drodze prowadzącej do Srinagaru, od 10 dni trwają uliczne zamieszki pomiędzy zamieszkującymi ten teren Muzułmanami, Hindusami i wojskiem. Skutek tego jest taki, że żaden taksówkarz nie chce podjąć się wiezienia nas przez newralgiczny region. Do tego w samym Kaszmirze znów nie jest bezpiecznie. Kaszmir to region pograniczny, którego część należy do Indii, a część do Pakistanu. Do dziś w Kaszmirze nie ma oficjalnej granicy pomiędzy tymi krajami, gdyż oba roszczą sobie prawa do poszczególnych jego części. Wydawało się, że jest tam jednak bezpiecznie - zawieszenie broni trwa w Kaszmirze od 2003 roku i jeszcze do zeszłego tygodnia sprawdzało się. W miniony poniedziałek jednak pakistańska armia naruszyła tzw. linię kontroli, co poskutkowało strzelaniną i ofiarami śmiertelnymi zarówno wśród żołnierzy pakistańskich, jak i indyjskich. Wygląda na to, że będziemy zmuszeni do zmiany planów. Nie na rękę nam to zwłaszcza dlatego, że kilka dni temu zakupiliśmy bilet lotniczy ze Sringaru do Delhi.



3 sierpnia | godz. 19:17 | napisał: Mateusz
Skoro musieliśmy jeszcze zostać w tybetańskiej okolicy, postanowiliśmy spędzić dzień aktywnie i z samego rana udać się na szlak górski. Cel: granica wiecznego śniegu. O 8:00 wyruszyliśmy w trasę, która w założeniu miała zająć nam 8 godzin. Towarzyszył nam Edward. Początkowe kilometry mijały słonecznie. Szliśmy szeroką, ubitą drogą i humory wszystkim dopisywały. Po pierwszym bardziej stromym podejściu Edward zrezygnował i postanowił zawrócić. Mamy za szybkie tempo czy to wina jego diety, składającej się jedynie z surowych owoców i warzyw, sekretu na długowieczność? Kolejne kilometry stawały się mniej przyjazne również dla nas. Skalisty szlak prowadzący ostro pod górę, surowa roślinność i pogoda zmieniająca się z minuty na minutę. Promienie słoneczne raz po raz zasłaniała gęsta mgła, by po chwili znów ustąpić i odsłonić zapierające dech w piersiach widoki. Po 2 godzinach doszliśmy do pierwszego schroniska. Gorąca herbata z imbirem, cytryną i miodem w mig pozwoliła zapomnieć o zmęczeniu. Zaczął jednak kropić deszcz. Wyposażeni w kurtki przeciwdeszczowe, postanowiliśmy nie zrażać się tymi komplikacjami i ruszyliśmy dalej w górę. Po kolejnych 20 minutach, kiedy pomiędzy kamieniami stanowiącymi szlak zaczęły płynąć potoki, a skały stały się po prostu śliskie, doszliśmy do wniosku, że w tych warunkach to Himalaje jednak nie są dla nas. Zdecydowaliśmy się na odwrót. Kolejne 2,5 godziny wracaliśmy do hoteli w strugach deszczu, szlakiem zatopionym po kostki w wodzie, w wojennych nastrojach. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki oraz przemarznięci. Trudno, taki los turysty górskiego.
Po południu spacerowaliśmy po miasteczku. Zgodnie stwierdziliśmy, że Tybetańczycy są zupełnie inni, niż Hindusi. Ładni, czyści, zadbani i jacyś tacy bardziej rozgarnięci. Wreszcie w tutejszych sklepach można spokojnie pooglądać asortyment, gdyż nie mają oni w zwyczaju nachalnie naganiać i naciągać na wszystko. Przyszło nam też podejmować niełatwe decyzje odnośnie do dalszej naszej podróży. Kaszmir, który był dla mnie numerem 1 tej wycieczki, odpadł. Nie ma jak dostać się tam, gdyż sytuacja w Jammu nie poprawia się nic a nic. Zdecydowaliśmy się ostatnie dni przed Delhi spędzić w oddalonej o 7 godzin jazdy miejscowości Manali, ulokowanej we wschodniej części stanu Himachal Pradesh. Zamówiony na jutro jeep zawiezie nas tam.



5 sierpnia | godz. 15:11 | napisał: Mateusz
Do położonego 2.050 m n.p.m. Manali dojechaliśmy luksusowo - trzyletnią terenową Toyotą Innova. Znajomo mruczący silnik D4D i nasza muzyka, którą nagrałem z laptopa na CD, sprawiały, że czuliśmy się niemal po domowemu. Na miejscu szybko znaleźliśmy hotelik. Śpimy w przestronnym pokoju zdobionym drewnem, który jest najczystszym i najbardziej schludnym miejscem na naszej dotychczasowej trasie! Do tego... jednym z najtańszych (550 Rs za dwójkę z łazienką = 27,50 zł).
Dzisiaj, nie zrażając się wcześniejszymi doświadczeniami, udaliśmy się na kolejną wycieczkę górską. Wahaliśmy się do końca, gdyż całą noc lał deszcz, a poranek był mocno zachmurzony z nieustępującą mżawką. Przeważyły jednak argumenty "za". Ruszyliśmy więc, ale tym razem z wynajętym przewodnikiem. Tutaj klasyczne szlaki górskie właściwie nie istnieją, więc potrzeba kogoś, kto dobrze zna okolicę. Młody Hindus wyposażył nas w suchy prowiant, zapas wody i... idziemy! Rozpoczęliśmy sympatyczny spacerek szeroką asfaltową drogą, nie wiedząc jeszcze, co czeka nas dalej. Po ostatnich zabudowaniach Manali skręciliśmy w ciemny las. Początkowo wydeptana ścieżka z czasem stawała się coraz mniej wyraźna, aż w końcu zrobiło się zupełnie dziko. No i zaczęło się! Mamy dzikie Himalaje. Przez kilka godzin przedzieraliśmy się przez chaszcze pokrzyw, marihuany (ziele to rośnie w Manali dosłownie wszędzie - gęściej niż w Polsce chwasty) i innych kłujących krzaków. Jakby tego było mało - pod górę ze średnim nachyleniem z 60 stopni. Z wyciśniętymi ostatnimi kroplami potu dotarliśmy do dwóch punktów widokowych. Przy pierwszym z nich podziwialiśmy położone w dolinie Manali, a przy drugim, widok na pobliskie surowe pięciotysięczniki. Powrót był zdecydowanie trudniejszy. Bez specjalistycznego obuwia nieraz zjeżdżaliśmy na tyłkach po błocie. Do hotelu dotarliśmy wymęczeni i kompletnie brudni, ale zadowoleni z aktywnie spędzonego dnia.



7 sierpnia | godz. 05:30 | napisał: Mateusz
W ostatni nasz dzień w Manali, aby jeszcze trochę posmakować gór, wybraliśmy się na samochodową wycieczkę do Rohtang Pass. Przez tę przełęcz, leżącą na wysokości 3.978 m n.p.m., biegnie druga na świecie najwyżej położona droga. Niewielka taksówka Tata Indica wspinała się dzielnie przez 2 godziny ostro pod górę po nawierzchni przeważnie nieasfaltowej. Niestety, kilka kilometrów przed osiągnięciem celu utknęliśmy w... korku! Osunął się kawałek drogi, więc długi wężyk samochodów po każdej ze stron czekał, aż koparka wyrówna hałdę kamieni i błoda, pozostawiając trasę przejezdną. Nie mogliśmy pozwolić sobie jednak na czekanie, gdyż musieliśmy zdążyć na wieczorny autobus do Delhi. Dotarliśmy jednak do pierwszego śniegu, a z okna samochodu oglądaliśmy góry, które budzą ogromny respekt. Za nami kolejny dzień atrakcji, w którym prawie udało nam się osiągnąć zaplanowany cel.
Tak więc jesteśmy już w Delhi - ostatnim miejscu naszej podróży. Dotarliśmy tu nocą, wygodnym klimatyzowanym autobusem Volvo z fotelami rozkładanymi prawie do poziomu. Miałem szczęście siedzieć w pierwszym rzędzie, więc większość trasy spędziłem na współtowarzyszeniu kierowcom w niebywałych atrakcjach trasy. A kierowcy byli prawdziwymi biznesmenami. Telefony dzwoniły do nich co kilka minut i z podobną częstotliwością zatrzymywali się przy różnych sklepach, restauracjach, parkingach. Odbierali od spotkanych tam osób przesyłki, paczki i listy, a następnym zostawiali je, płacili, odbierali należności, itd. Uszczęśliwili nas również projekcją nowej bollywoodzkiej produkcji. Obejrzeliśmy klasyczny film obyczajowy: młodość, miłość, przyjaźń, praca... Akcja toczyła się w Bombaju, jednak zupełnie nieprzypominającym tego miasta, które widzieliśmy na początku naszej podróży. Film kreował zupełnie inną rzeczywistość Indii niż ta, którą już przez ponad 3 tygodnie poznaliśmy.
Ruch drogowy, jak zawsze podziwiałem z zapartym tchem. Coraz więcej zasad panujących w nim zaczynam rozumieć, choć i tak wciąż większość zachowań na drodze pozostaje dla mnie tajemnicą. Poznałem dziś między innymi zasadę samosądu. Ponieważ policji, która wymierza mandaty za przewinienia nie ma, sprawiedliwość wymierzają sobie sami kierowcy. W pewnym momencie, tuż przed jadący przed nami samochód osobowy, wyjechał motocykl. Samochód musiał ostro zahamować i gdyby nie szybki manerw kierowcy autobusu (na szczęście pobocze było szerokie!), uderzylibyśmy w auto przed nami. Autobus, wraz samochodem przed nami, skutecznie zajechali drogę motocykliście i w ostrych słowach wytłumaczyli mu cóż za błąd popełnił. Tym razem do rękoczynów nie doszło, ale pamiętam groźniejszą sytuację jeszcze z naszego pobytu w Jaipurze. Wtedy kierowcę autobusu, który zajechał drogę rikszy, inni riksiarze wytargali z autobusu za fraki.



8 sierpnia | godz. 20:22 | napisał: Ania
Jesteśmy w Delhi. Odkąd przyjechaliśmy, pada deszcz. Każdego dnia ulice zamieniają się w potoki, które niosą sterty śmieci. Między kałużami z wielką wprawą i gracją przemieszczają się Hindusi. My tak nie potrafimy i właśnie dlatego mamy nieustannie przemoczone buty. Mimo to spacerujemy. Kroczymy zatłoczonymi uliczkami, mijamy święte krowy, odpowiadamy "no, no, no!!!" natrętnym riksiarzom, sprzedawcom i innym, pragnącym na nas zarobić kilka rupii. Życie uliczne jest zdumiewające. W jednej chwili dzieje się tak wiele. Setki dzwięków, zapachów, miliony obrazów czasem smutnych, innym razem szokujących, a jeszcze innym zabawnych. Słowa, jakiekolwiek opisy na nic się nie zdadzą. To trzeba zobaczyć.
Dziś postanowiliśmy zwiedzić największy meczet w stolicy oraz Czerwony Fort, monumentalną budowlę z XVII wieku. Kilka minut w metrze i wysiedliśmy na stacji, z której już bardzo blisko do świątyni Muzułmanów. Tam odpowiednio przygotowani (zakryte ramiona, gołe stopy) rozpoczęliśmy zwiedzanie. Meczet robi wrażenie. Jest wielki, pięknie zdobiony i przepełniony niezwykłym klimatem modlitwy.
Nieopodal znajduje się Czerwony Fort, do którego nie udało nam się wejść. Z powodu przygotowań do obchodów święta niepodległości Indii, zwiedzanie zawieszono.
Spacerowanie ulicami Delhi bywa uciążliwe, dlatego też często poruszamy się rikszami rowerowymi lub tuk-tukami. Te drugie są naprawdę świetne. Małe, zwinne nie mają żadnych problemów z przedzieraniem się przez zatłoczone ulice miasta. Zastanawiałam się, jak by to było, gdybym miała taki pojazd we Wrocławiu. Na tylne siedzenie wrzuciłabym Hankę i Gosię i na zakupy. Mogłoby być miło.
Rozmarzyłam się. Tymczasem pora spać, bo jutro pobudka wcześniejsza niż zwykle. Zegarek nastawiony na 4:30, gdyż o 6:15 mamy pociąg do Agry. Czeka na nas wspaniały Taj Mahal.



10 sierpnia | godz. 08:33 | napisał: Mateusz
Porannym ekspresem udaliśmy się do odległej o 200 km Agry. Podróż w klimatyzowanym pociągu trwała niespełna 2 godziny, a w cenie biletu (370 Rs, tj. 18,50 zł) mieliśmy śniadanie, napoje i poranną prasę. Po przybyciu na miejsce już na dworcu kolejowym tłum taksówkarzy rzucił się na wysiadających pasażerów. Doszło do niejednej bójki o klienta. My od razu udaliśmy się do największej atrakcji tego miasta - mauzoleum Taj Mahal, wzniesionego w 1648 roku przez ówczesngo władcę Shah Jahana na cześć jego przedwcześnie zmarłej żony. Po zakupieniu biletów wstępu (cena dla obcokrajowców 750 Rs, dla Hindusów... 20 Rs!) i odbyciu szczegółowej kontroli zawartości bagażu znaleźliśmy się na terenie rozległego obiektu, położonego w zakolu rzeki Jamuna.
Potęga budowli oraz jej pozorna prostota i symetria wywołują ogromne wrażenie już od pierwszego wejrzenia. Z bliska dostrzega się szczegóły: tysiące szlachetnych kamieni oraz misternie rzeźbione motywy - wszystko w lśniąco białym oraz czarnym marmurze. Obiekt uzupełniają położone w tym samym kompleksie meczet i jego replika, ulokowana symetrycznie po drugiej stronie mauzoleum. Bez wahania uznaliśmy Taj Mahal za najpiękniejsze miejsce w poznanych dotąd Indiach.
Kolejnym punktem wizyty w mieście Agra był fort z 1564 roku. Dwukilometrowe obwarowania z piaskowca, wewnątrz których znajdują się labirynty fortyfikacyjne, zwiedzaliśmy przez kilka godzin. Często odpoczywaliśmy, gdyż tego dnia był niemiłosierny upał i pełne słońce.
Mając jeszcze sporo czasu pozostałego do odjazdu pociągu do Delhi, wsiedliśmy do tuktuka z życzeniem "To McDonald's, please". Lody, smakujące tak samo jak w Polsce, były tym, czego wszyscy pragnęliśmy wtedy najbardziej. Niepozorny budynek, w którym mieściła się restauracja, nie zdradzał na pierwszy rzut oka sekretu, który krył się w jego głębszej części. Dopiero szukając toalety po spożytym posiłku przez przypadek wyszliśmy z drugiej strony McDonald'sa, gdzie oczom naszym ukazała się... nowoczesna galeria handlowa ze sklepami ogólnoświatowych marek! Wizyta w Agrze zakończyła się zatem zakupami.



11 sierpnia | godz. 16:52 | napisał: Ania
Siedzimy na walizkach. Za dwadzieścia minut przyjedzie po nas taksówka, którą dostaniemy się na lotnisko. W sumie to nie wiem, czy samochód przybędzie punktualnie. Pewnie nie, bo Hindusi nie liczą się z czasem. Wszystko robią spokojnie, wolno i bez nerwów. Dziwne, bo w tym spowolnieniu zawsze udaje im się załatwić sprawy pozytywnie. Może powinniśmy się od nich uczyć?!
Jak minął nam dzień? Jak to ostatni dzień przed powrotem do domu, trochę nerwowo. Rano kontynetnalne śniadanie, choć jeszcze wczoraj zapieraliśmy się, że na koniec będzie to jedzenie lokalne. Po śniadaniu ostatnie zakupy, spacer zatłoczonymi ulicami, ucieczka przed bykiem, któremu się nie spodobałam (Mateusz w tym czasie bohatersko robił mi zdjęcie). I wreszcie wieczorem sentymentalny posiłek w stylu typowo hinduskim.
Miło było, naprawdę. Czasami wściekałam się na ludzi, sytuacje, zachowania, ale każdy kto mnie zna, wie, że mi nie potrzeba wiele do zdenerwowania. Wycieczka udała się w pełni. Plany musiały być zmieniane w zależności od sytuacji, ale w końcu plany są po to, aby je zmieniać (tu szczególne uśmiechy dla Bartka). Myślę, że kiedyś tu wrócimy, bo Indie mają w sobie coś niezwykłego, co przyciąga jak magnez.



12 sierpnia | godz. 13:14 | napisał: Mateusz
Droga na lotnisko upłynęła nam sentymentalnie. Pomimo licznych negatywnych wrażeń, które doznawaliśmy w czasie niemal miesięcznego pobytu w Indiach, smutno było opuszczać ten kraj. Kraj niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, często przedziwny i kompletnie niezrozumiały. Mający jednak w sobie coś, co sprawia, że chcemy tam wrócić. Aby bezstresowo spędzać tu czas i aby stał się on przyjemnością, trzeba jednak do pewnych rzeczy przyzwyczaić się, inne zaakceptować, a wobec pewnych być po prostu obojętnym. Inaczej się nie da. Nie zapomnę słów Imrana, które często później powtarzaliśmy: "In India everything is possible". To fakt. Czy miesiąc w Indiach to dużo czy mało? Psychicznie okazał się dla nas chyba idealnym czasem. Po etapie oswajania się zaczął nam się podobać otaczający nas świat, więc pozytywnie go zapamiętamy. Ania zdobyła się nawet na wyznanie wobec taksówkarza: "I love India". Z drugiej jednak strony zobaczyliśmy jedynie niewielki skrawek ogromnego kraju - jego północno-zachodnią część. I tak zwiedzone obszary wydały nam się mocno różniące się od siebie. Jak jest zatem na południu Indii, ponoć zupełnie innym, niż północ? Chcemy kiedyś przekonać się.
Ostatnia przejażdżka przez Delhi uświadomiła nam, że niewiele zwiedziliśmy stolicę. Taksówkarz pokazywał nam liczne, pięknie oświetlone pomniki i ważne budowle, na zobaczenie których zabrakło czasu. Zauważyliśmy jednak, że stolica jest zupełnie inna, niż Bombaj. Zdecydowanie czystsza i nowocześniejsza, mknie się przez nią szerokimi wielopoziomowymi autostradami lub nowoczesnym metrem miejscami wynurzającym się spod ziemii na wysokie estakady. Oczywiście dzielnice slumsów i ciągnące się kilometrami dzikie stragany są nieuniknione, ale jest ich jakby mniej. Właściwie powinienem pisać o New Delhi, gdyż w tym mieście był nasz hotel i większość centrów handlowych oraz bazarów, które odwiedzaliśmy (ostatnie dni spędzaliśmy już bez Ewy i Bartka). New Delhi to oficjalna stolica, zbudowana przez Brytyjczyków w czasach kolonialnych i przez wiele lat niedostępna dla Hindusów, a Delhi to przyklejona do niej metropolia, w której byliśmy tylko raz. Tam jest m.in. odwiedzony przez nas meczet Jama Masijd.
Tymczasem niespodziewanie mamy przedłużone wakacje! Po przyjeździe na lotnisko okazało się, że nasz wylot jest opóźniony o 3 godziny. Już wtedy wiedzieliśmy, że w Helsinkach nie zdążymy na poranny lot do Warszawy. Bez cienia zmartwienia przyjęliśmy tę wiadomość i zaczęliśmy snuć plany odwiedzenia naszych fińskich przyjaciół.
W Helsinkach wylądowaliśmy 20 minut po odlocie samolotu do Warszawy. Idealnie! Wizyta w biurze FinnAir i mamy nowe bilety do Polski - na dzień później, czyli na środę 13 sierpnia, godz. 12:15. Do tego bon na śniadanie w wysokości 34€ (tj. 2.200 Rs!!!). Po kilku telefonach do Jussiego i Ossiego oraz prawdziwej uczcie w europejskim stylu, jedziemy autobusem do Turku, gdzie spędzimy noc. Za oknami - inna planeta. Wszechpanująca cisza, spokój i czystość wręcz porażają.



13 sierpnia | godz. 22:54 | napisał: Ania
FinnAir sprawił nam ogromną radość, przedłużając wakacje o jeden dzień. W Finlandii spedziliśmy miłe chwile, na które składały się: rozmowy z przyjaciółmi, wspólne oglądanie zdjęć, delektowanie się świetnie przygotowaną karkówką (wreszcie wieprz na talerzu) z grilla w Riihikoski, wieczorny spacer ulicami Turku.
Paradoksalnie, jeden dzień w Finlandii zdemaskował jeszcze bardziej Indie. Na zakończenie naszych wakacji przymusowe zestawienie dwóch różnych światów: głośnego - cichego, biednego - zamożnego, brudnego - czystego, wreszcie upalnego i zimnego. Może nie powinnam porównywać, ale tak się jakoś samo dzieje.
Szkoda, że teraz musimy siedzieć w pociągu, który wiezie nas do Wrocławia. Szkoda, że wakacje dobiegają końca. Na samą myśl o tym, że rozdział "Indie" już się kończy, zaczyna mnie boleć żołądek. Brrr, a może po prostu fińska woda z kranu mi zaszkodziła, kiedy płukałam nią zęby??!! Przez ostatni miesiąc używałam tylko butelkowanej.
I już na zakończenie, dziękujemy tym wszystkim, którym chciało się czytać nasze zapiski. Jeśli macie cierpliwość, zapraszamy na niekończące się opowieści towarzyszące oglądaniu zdjęć. Hinduski rarytas - herbata z imbirem, miodem i cytryną gwarantowna.



© Mateusz Molasy 2008

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE - KOPIOWANIE, DRUKOWANIE, ROZPOWSZECHNIANIE ZDJĘĆ BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE,
STANOWI NARUSZENIE PRAW AUTORSKICH I PODLEGA KARZE PRZEWIDZIANEJ W KODEKSIE KARNYM.