BLOG – CHINY 2006 – BLOG

Ania | Asia | Bartek | Mateusz

8 lipca – 5 sierpnia 2006

 

 

7 lipca | godz. 14:00 | napisał: Mateusz

No i jesteśmy spakowani oraz gotowi do drogi. Jutro o godzinie 10:30 jedziemy do Warszawy. Tam mamy kilka godzin na zabawę, następnie nocleg w hotelu i w niedzielę, 9 lipca, o godzinie 11:00 wylatujemy. Najpierw do Moskwy, gdzie 2 godziny spędzimy na Szeremietiewie i dalej lot do Pekinu. Chociaż całość podróży trwa niewiele ponad 9 godzin (bez czasu oczekiwania na lotniskach), to w Pekinie wylądujemy według lokalnego czasu w poniedziałek o 5:45 rano. Z ważniejszych przygotowań, jakie poczyniliśmy przed wylotem i warto o nich wspomnieć, to wizy chińskie oraz komplet szczepień (WZW A, WZW B, dur brzuszny, tężec, polio). Szczepienia nie są wymagane, chociaż zalecane, zwłaszcza dla regionów mniej zurbanizowanych, w których mamy zamiar znaleźć się. Nie mamy zaplanowanej trasy w Chinach, ani zarezerwowanych żadnych noclegów. Wiemy jedynie, że chcemy zwiedzić prowincje Syczuan oraz Yunnan, a także Hong Kong. Po głowie chodzi nam również przejażdżka nowo otwartą linią kolejową do Lhasy - stolicy chińskiego Tybetu. Natomiast to, gdzie i jak długo zostaniemy, to się dopiero okaże.

 

 

8 lipca | godz. 23:00 | napisał: Mateusz

Zgodnie z planem, przy szlochach komitetu pożegnalnego, opuściliśmy Wrocław o godzinie 10:30. Całe 5 godzin w ekspresie do Warszawy poświęciliśmy na czytanie przewodników (a mamy ich 3). Wkrótce okazało się, że nikt w wagonie nas nie lubi. Staliśmy się między innymi "niewychowaną młodzieżą" tylko dlatego, że dopominaliśmy się u konduktora, aby zrobił coś z klimatyzacją, która pomimo szczelnie zamkniętego wagonu jakoś działać nie chciała. W Warszawie od samego początku wszystko układało się aż podejrzanie dobrze. Dzięki uprzejmości Asi kolegi czekaly na nas dwa sympatyczne hotelowe pokoje zaledwie kilometr od Okęcia, tramwaje podjeżały bez konieczności czekania na nie, nawet na przejściach dla pieszych bez czekania mieliśmy zielone światło. Popołudnie spędziliśmy na spacerze po warszawskiej Starówce oraz wizycie w winiarni "Marek Kondrat i syn". Oczywiście nie wyszliśmy z pustymi rękami. Możecie zatem domyślać się, jak mija nam wieczór.

 

 

9 lipca | godz. 15:00 | napisał: Bartek

Piszę już z Szeriemietieva. Po porannej bieganinie po przystankach autobusowych udało nam się dotrzeć na Okęcie, lecz taksówką. Kierowca był zdziwiony: co można zwiedzić w Chinach? Wierzymy, że dużo :)
Odprawa była ekspresowa, mimo wakacyjnego okresu. Przy wejściu na pokład wytworu rosyjskiej myśli technicznej przywitała nas 50-letnia stewardessa. Tupolew byłby dumny.
Wbrew temu co słyszałem o TU-154 lot był spokojny; nic nie odpadło ani nie było czuć dymu :) Dostaliśmy nawet smaczny lunch. Już za moment idziemy na odprawę; kolejny przystanek - Pekin. Wczoraj, kiedy szliśmy po placu Piłsudskiego, pomyślałem: prawie jak Tiananmen. Przekonamy się już za 10 godzin.

 

 

10 lipca | godz. 19:00 | napisał: Mateusz

Cóż... Nikt nie mówił, że będzie lekko... Ale po kolei. Lot do Pekinu minął komfortowo, chociaż po kilku godzinach zaczęło mi się już bardzo nudzić (w tym momencie doceniłem fakt, że nie zdecydowaliśmy się na tygodniową podróż koleją transsybiryjską). W każdym razie nie podzielam żadnych negatywnych opinii o Aeroflocie. Pekin przywitał nas po 6. rano mgłą, która później okazała się być smogiem, oraz wyraźnie odczuwalną wilgocią. Po godzinie wypełniania trzech różnych deklaracji celnych i zdrowotnych znaleźliśmy się na terenie ChRL. Postanowiliśmy od razu poszukać połączenia lotniczego w kierunku zachodnich prowincji, jednak ceny "last minute", oferowane przez agencje znajdujące się na lotnisku, okazały się zaporowe. Musieliśmy jechać do centrum Pekinu, oddalonego o ponad godzinę od lotniska. Zaczęły się schody. Byliśmy już bardzo zmęczeni, zegar biologiczny wskazywał drugą w nocy i najwyższą porę na sen, a tutaj dzień dopiero się rozpoczyna. Na dodatek, po bardzo nowoczesnym i eleganckim porcie lotniczym, miasto zaczęło pokazywać swoje drugie oblicze. Gdy rozpoczęliśmy negocjacje ze stadem taksówkarzy, uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy na innej planecie. Po pierwsze ludzie. Jest ich niewyobrażalnie wiele i są wszędzie. O każdej porze dzisiejszego dnia i w każdym miejscu, w którym znaleźliśmy się, przewijały się bezkresne i gęste tłumy Chińczyków. Charakterystycznie "pachną", charkają i plują naokoło. Czasami też sikają i wymiotują. Biały człowiek wciąż jest jednak rzadkością, więc jesteśmy ciągle zaczepiani. Co prawda raz ktoś chce nam koniecznie w czymś pomóc, ale już innym razem natrętnie coś sprzedać. Chociaż ceny bywają śmieszne, to cierpliwośc też ma swoje granice. Chociaż są natarczywi, to raczej sympatyczni i wyglądają na uczciwych. Po drugie miasto. Szokuje architekturą, gigantycznością i różnorodnością pod każdym względem. Mamy jeden z czystszych i przyjemniejszych hosteli w mieście (tak przynajmniej wynika z relacji innych podróżników, których trochę poczytaliśmy), a tymczasem po dniu dzisiejszym z nostalgią wspominam kolonię z czasów podstawówki. 500m od samego centrum 20-milionowego miasta (placu Tiananmen) łazienka jest na otwartym powietrzu! Starówka to syf i smród nie do opisania. Gdzie indziej za to nowoczesna zabudowa ze stali i szkła... Arterie komunikacyjne wielopasmowe i wszędzie podziemne przejścia dla pieszych. Mnóstwo rowerów, drogi rowerowe szersze niż pasy dla autobusów. Po trzecie jedzenie. Akurat na dwa posiłki, które zjadłem, z obu byłem zadowolony. Oczywście sztućców nie ma - tylko pałeczki. Nie wie jednak co zamawiałem i jadłem. Właśnie. Cztery to język. Nie sposób dogadać się. Nic a nic. Gestykulacja i mowa ciała też inne, więc tym nie można sobie pomóc. Nawet jeśli Chińczyk próbuje mówić po angielsku to tak akcentuje, że nic nie rozumiem. W Pekinie już zdarzają się napisy po angielsku, ale na zachodzie Chin ponoć nie ma ich. Zresztą naszego hostelu, mając nazwę, telefon i adres, szukaliśmy dziś 6 godzin. Jeszcze hałas. Ogromny. Chińczycy sami w sobie są głośni. Do tego trąbią, rowery dzwonią, ze sklepów głośna muzyka, a wszędzie naokoło place budowy z hałasującymi maszynami. Ale takie czasami średnie są dobrego początki. Jutro będzie super.

 

 

11 lipca | godz. 22:00 | napisała: Asia

W końcu udało mi się dorwać do klawiatury palmtopa. Drugi dzień w Pekinie przekonał mnie, że smog to sraszliwa sprawa. Jesteśmy, przy takiej pogodzie i napotykanym co kilka metrów specyficznym zapachu, delikatnie mówiąc rozdrażnieni, starając się być jednocześnie optymistami. Doszukujemy się we wszystkim raczej kabaretu aniżeli tragedii. Tak więc śmiejemy się ze wszystkiego, przy czym śmiech ten czasami przeradza się w napady głupawki.

 

 

11 lipca | godz. 23:00 | napisał: Bartek

Pobytu dzień drugi. Po męczącym pierwszym dniu potrzebowaliśmy 'nieco' więcej snu, więc wstaliśmy o 12 ;) Postanowiliśmy zjeść w hostelu coś chińskiego i ruszyć w miasto celem zakupu biletów na dalszą drogę (w hostelu próbowaliśmy zarezerwować, ale się nie udało). Plan wydawał się nam banalnie prosty, totez pełni optymizmu europejskiego turysty w Pekinie, udaliśmy się na stację metra. Pierwsza próba (CITS) okazała się nieudana - 1380Y za lot do Kunming to stanowczo za dużo. Niesieni wizją zakupu biletu ponizej 1000Y, przemierzaliśmy ulicę Funxinmen (średniej wielkości pekińska ulica z 10 pasami), zahaczając po drodze wszystkie biura podróży. Po drodze wspieraliśmy się informacją z internetu dzięki palmtopowi i wielu obecnym na ulicy hotspotom. Niestety nie osiągnęliśmy zamierzonego efektu. Postanowiliśmy kupic bilet kolejowy do Xi'an i stamtąd dalej do Kunming. Udaliśmy się na dworzec zachodni. Po odesłaniu nas do 4 z kolei kasy okazalo się, że do Xi'an jest jedynie soft sleeper za 400Y. Za drogo. A propos kas, przy jednej z nich, tuż przed nami, ustawiła się grupka Chińczyków i zaczęli kupować bilety innym, nie dopuszczajac nas. W pewnym momencie dziewczyny, celem zagłuszenia komunikujących się tubylców, zaczęły głośno śpiewać pewną znaną melodię. Po chwili, chyba rozumiejąc intencje, przyłączyła się do nich jedna ze stojących w kolejce Chinek i dzięki połączonym siłom, cel zostal osiągnięty. Wynikiem 9-cio godzinnej walki są zarezerwowane (nie kupione!) bilety lotnicze do Chengdu po 1190Y. Godzina 22. Głodni i zmęczeni idziemy do restauracji. Menu po chińsku, więc chodzimy z kelnerką od stołu do stołu wybierając to, co zjeść. Prawie jak McDonald's... Po zjedzeniu, pełni optymizmu (teraz może być tylko lepiej) i doswiadczeń, wzięliśmy taksówke do hostelu.

 

 

12 lipca | godz. 21:00 | napisał: Mateusz

No i jest dobrze. Dzisiejszy dzień układa się naprawdę jak po maśle i teraz już bardzo mi się tutaj podoba. Rano kupiliśmy bilety lotnicze, a później wreszcie było trochę czasu na zwiedzenie czegoś. Wybraliśmy spacer po starym Pekinie. Dzielnica jest zamieszkiwana przez biednych Chinczyków, których hutongi, często bez wody i kanalizacji, wyglądają bardzo marnie. Ludzie są jednak przyjaźni, w wąskich uliczkach gotują, naprawiają coś, grają w gry planszowe i przede wszystkim serdecznie się usmiechają. Miałem napisać trochę o cenach. Bardzo proszę. Przy kursie 1$=3,12 zł jeden chiński Yuan wychodzi 0,395 zł. Ceny są bardzo zróżnicowane, tak jak zresztą całe miasto i jego mieszkańcy. Generalnie jest tanio, choć są dzielnice z kilkudziesięcopiętrowymi wieżowcami, jakich w życiu na oczy nie widziałem, z nowoczesnymi centrami handlowymi, a w nich Hugo Boss, Armani, Ermenegildo Zegna, luksusowe kafejki, itd., wszystko w cenach kosmicznie wysokich. Przykłady z naszych wydatków:
- noc w hostelowym pokoju dla całej naszej czwórki - 180Y, utargowane z 270Y,
- elegancki obiad z piwem dla jednej osoby - 15-20Y,
- pojedynczy bilet na metro - 3Y,
- bilet na autobus - 1Y,
- woda 0,6l w punkcie obleganym przez turystów - 2Y,
- woda 0,6l w supermarkecie - 0,75Y,
- puszka Pepsi w supermarkecie - 2,70Y,
- taxi na lotnisko, ponad godzina jazdy - 120Y,
- na straganie z pamiątkami dziewczyny utargowały dzisiaj coś ze 120Y na 25Y :).
Teraz czekamy na lotnisku na nasz samolot. Niestety z powodu potężnej burzy jest sporo opóźniony.

 

 

13 lipca | godz. 1:30 | napisała: Asia

Siedzimy w samolocie do Chengdu. Samolot z 5 godzinnym opóźnieniem za chwilkę wystartuje (liczymy na to bardzo). Powinniśmy być w Chengdu za 2,5 h. Biorąc pod uwagę, że jest 1:39, wylądujemy tam w środku nocy.

 

 

13 lipca | godz. 15:00 | napisała: Ania

I znowu czekamy... tym razem na śniadanie. Kiedy wspomnę minioną noc, już mogę śmiać się. Wczoraj jednak panikowałam, jak mało kiedy. Miałam jednak ku temu powody. A było tak. Samolot wystartował strasznie opóźniony. W Chengdu wylądowaliśmy zmęczeni. Była 4 nad ranem. Postanowiliśmy wziąć taksówkę, co jednak okazało się nielada sztuką. Nikt nas nie rozumiał, nikt nam nie umiał pomóc. W końcu jednak wsiedliśmy do nieoznakowanego busa. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że zaraz uprowadzi nas mafia chińska, która zmusi wszystkich do ciężkich prac w fabryce ubrań jakiejś znanej marki. W efekcie dotarliśmy na miejsce cali i zdrowi. Mało tego, za podróż nie zapłaciliśmy ani yuana, gdyż,jak się okazało, taksówkarz współpracował z liniami lotniczymi, a po okazaniu biletu wiózł pasażerów za darmo. Moje zdenerwowanie udzieliło się wszystkim. Asia podsumowała mnie krótko, aczkolwiek dosadnie: panikara. Hostel, w którym się znaleźliśmy, okazał się być przytulnym miejscem, urządzonym w stylu syczuańskim. Dostaliśmy pokój, w którym wszyscy się zmieściliśmy. Jedynym jego mankamentem jest lichy wiatraczek zamiast klimatyzacji. Noc jakoś przeżyliśmy. Teraz to już tylko zasłużone śniadanie... Właśnie podają.

 

 

14 lipca | godz. 22:30 | napisał: Mateusz

Jak już wiecie, jesteśmy w Chengdu - pięciomilionowej stolicy prowincji Syczuan, oddalonej prawie 2000km na południowy zachód od Pekinu. Miasto jest zupełnie inne niż stolica. Wydaje się zdecydowanie czystsze i mniej kontrastowe. Nie ma aż takiej nowoczesności (co nie oznacza, że jej nie ma w ogóle), ale nie widać też tak bardzo biedy. Jest taniej. Syczuańczycy są natomiast bardzo malutcy i ładniejsi niż mieszkańcy Pekinu. Wreszcie czujemy się jak na prawdziwych wakacjach, gdyż możemy spokojnie oddać się zwiedzaniu oraz wypoczynkowi. Jedynym utrudnieniem jest pogoda, chociaż i tutaj mogło być zdecydowanie gorzej. Zachmurzenie od wczoraj mamy pełne, ale nie pada. Mimo to jest gorąco i parno. W końcu jesteśmy już w strefie klimatu subtropikalnego. Wczoraj zafundowaliśmy sobie ogólny spacer po mieście i wizytę w syczuańskiej restauracji. Tutejsza kuchnia uchodzi za najostrzejszą na świecie. My, świadomi tego, nastawiliśmy się na palący posiłek. Po losowym wybraniu z menu czterech potraw, zjadalna okazała się tylko jedna, która i tak nie wchodziła lekko. Skończyło się na frytkach z KFC... Dzisiaj w planach mieliśmy całodzienną wycieczkę do Leshan. Niestety przez nocną przygodę z samolotem, którą trzeba było odespać, wciąż nie przestawiliśmy się na lokalny czas. Obudziliśmy się bardzo późno i plany musiały ulec zmianie. Najpierw wymiana waluty. Okazało się, że w Chengdu jest to możliwe tylko w jednym banku. Procedura wymagała wypełnienia dwóch deklaracji, a oryginalność amerykańskiej waluty sprawdzała aż trójka pracowników banku. Następnie udaliśmy się do parku Wenshu, gdzie spędziliśmy bardzo miłe popołudnie. W parku Syczuańczycy leniwie grają w gry planszowe, śpiewają i popijają herbatę. My rówież nie odmówiliśmy sobie tej przyjemności. W parku mieści się między innymi buddyjska świątynia o tej samej nazwie, która jest jednym z najważniejszych obiektów w mieście i powodem licznych pielgrzymek. Atrakcją wieczoru była wizyta w chińskim hipermarkecie. Sklep przypomina nasz Auchan i wśród asortymentu niczego nie brakuje. Z ciekawostek widzieliśmy kurczaki smażone w całości, nawet z piórami, oraz drobiowe nóżki z pazurami, sprzedawane na wagę. Chińczyków tłumy nieprzebrane, wszyscy oczywiście bardzo głośni. Do tego co kawałek telewizorek z reklamami produktów każdego z działów, nastawiony na pełny regulator. Ceny bardzo niskie. Przyzwoite żelazko za 29Y, eleganckie buty od 19Y, T-shirty po 10Y, pasta do zębów Colgate za 4,20Y. Na sam koniec dnia miało miesce wydarzenie, które spowodowało, że od tej pory czeka nas nieustające pasmo sukcesów. Zniechęceni kolejną nocą w dusznej i ciasnej, typowo akademickiej hostelowej czwórce za 100Y, postanowiliśmy raz jeszcze pomarudzić na recepcji w celu zmiany pokoju przynajmniej na klimatyzowany. Okazało się, że jest jedna wolna dwójka, ale w innym budynku. Postanowiliśmy zobaczyć pokój. Po rekonesanansie nie zastanawialiśmy się ani chwili. Bierzemy! Zmieścimy się tam w 4 osoby. Inny budynek okazał się przyzwoitym hotelem należącym do Bank of China. Pokój mamy przestronny, z łazienką, telewizorem, pełnym umeblowaniem i wyposażeniem oraz przede wszystkim z klimatyzacją, za jedynie 160Y! Czas na świętowanie.

 

 

15 lipca | godz. 22:00 | napisał: Mateusz

Sobota minęła nam na całodziennej wycieczce do wioski Huanglongxi, położonej 40km na południe od Chengdu. Dlaczego akurat tam? Otóż w Huanglongxi jest sporo zabudowy jeszcze z czasów dynastii Qing. Chcieliśmy to zobaczyć. Jechaliśmy tam trzema autobusami i przejażdżka każdym z nich to wydarzenie nie do zapomnienia. Ale o chińskim ruchu drogowym napiszę innym razem. Sama wioska zrobiła na nas spore wrażenie, pomimo niewyobrażalnego żaru, który lał się z nieba. Najciekawsze wydarzenie dnia: obiad. Nie pierwszy raz przy wyborze potraw z menu zleciała się cała obsługa restauracji w celu obsłużenia nas. Każdy z nich chciał się pochwalić jakimś słowem, które umie po angielsku. Tak więc dzisiaj naszą czwórkę obsługiwało w restauracji sześcioro Chińczyków. W ogóle Chińczycy są ludźmi naprawdę bardzo uprzejmymi. Mają przy tym jedną podstawową wadę: jeśli nie potrafią pomóc, to nigdy się do tego nie przyznają. Nawet pokażą inną stronę, w którą należy pójść, ale nie powiedzą, że nie rozumieją, o co ich pytamy. Jutro wybieramy się do Leshan, natomiast noc planujemy spędzić w Emei Shan, buddyjskim klasztorze położonym 3.000m n.p.m. na granicy Syczuanu i Tybetu. Później czeka nas 17 godzin w pociągu i 8 godzin w autobusie do Lijiang, kolejnego miasteczka, które wyzaczyliśmy sobie za cel. Lijiang leży już w Himalajach i jest otoczone pięciotysięcznikami. Stąd najbliższe dni mogą nie obfitować w relacje, ale jak tylko znajdziemy Internet, to coś dodamy.

 

 

16 lipca | godz. 16:00 | napisał: Bartek

Pobudka o 7. Z grubsza spakowani wczoraj, dziś rano jedynie się dopakowaliśmy. Po śniadaniu wylogowaliśmy się z zajmowanego pokoju hotelowego (strażnik sprawdził czy wszystko w porządku), zostawiliśmy nadbagaż i udaliśmy się na dworzec autobusowy Xiannamen. Zostaliśmy mile zaskoczeni małymi kolejkami do kas, więc, gdy kupiliśmy 4 ostatnie miejsca na autobus odjeżdżający za 10 minut, radość nasza nie znała granic. Jeszcze zanim ruszyliśmy, na telewizyjnym ekranie pojawiły się tandetne teledyski wraz ze słowami piosenek - chińskie karaoke. Na szczęście przerażająca wizja śpiewającego wysokim C autobusu nie zmaterializowała się. Kiedy myśleliśmy sobie, że już nic nas nie zaskoczy, pani z obsługi rozdała wszystkim po paczce orzeszków i wodzie mineralnej. Skubiąc gratisa, przy nutach chińskich przebojów, po ok. 2 godzinach dotarliśmy do Leshan. Na dworcu autobusowym dowiedzieliśmy się jak dotrzeć do największego, wykutego w skale, posągu Buddy. Po krótkiej przejażdżce lokalnym aftobusem znaleźlśmy się przy przystani, z której odpływają stateczki, w trwąjacy 20 minut i kosztujący 50Y, rejs(ik). Wielkość posągu Buddy faktycznie budzi respekt, w przeciwieństwie do kunsztu artystycznego. Po obejrzeniu głównej atrakcji Leshan udaliśmy się z powrotem na dworzec, żeby dostać się do Baoguo - wioski leżącej u podnóża Emei Shan, jednej z dziwięciu Świętych Gór Chin.

 

 

17 lipca | godz. 9:00 | napisała: Ania

Podróż do Baoguo, miejsca alternatywnego do naszych wcześniejszych planów wspinaczkowych na Emei Shan, minęła szybko. Kiedy tylko wysiedliśmy z autobusu, zaczepiła nas kobieta, która zaproponowa bus do centrum. Zgodziliśmy się bez zastanowienia na tą propozycję, która miała kosztować jedyne 5Y od osoby. Jak się potem okazało, przepłaciliśmy dwukrotnie. Na noc zatrzymaliśmy się w hotelu, którego "oryginalną" maskotką był wypłowiały miś, zaś właścicielem zangielszczony Chińczyk, Andy. Przyzwyczajeni do luksusu:), szukaliśmy pokoju z klimą. Andy miał takie, a po skutecznej negocjacji, zdacydował się wynająć je nam za 80Y. Tym samym zbiliśmy cenę z 240Y. Radośni z powodu miejsca, miej szczęśliwi z powodu jedzenia, które chwilę wcześniej próbowaliśmy zjeść, udaliśmy się na wioskę. Miejscowość nas zachwyciła. Było tam przede wszystkim czysto, co jest dośc nietypowe dla Chin. Śliczne domki, stragany i wszechobecna egzotyczna sceneria spowodowały, że czuliśmy się jak na prawdziwych wakacjach. Wieczór spędziliśmy przy winie marki "Great Wall", które piliśmy w chłodnym pokoju. Towarzyszyła nam satysfakcja, że na dworze tak gorąco, my tymczasem możemy cieszyć się luksusową temperaturą. Usnęliśmy wreszcie, marząc o różnych rzeczach, np. o polskim kotleciku i zwykłych ziemniaczkach...

 

 

17 lipca | godz. 11:00 | napisała: Asia

Jest poniedziałek. Ruszamy autobusem z powrotem do Chengdu. W mieście szybka kąpiel i przesiadamy się w pociąg do Panzihua, następnie w autobus do Lijiang. Jesteśmy już trochę zmęczeni wielkimi miastami. Wczorajsza wycieczka do Leshan i Baoguo była przedsmakiem tego, co nas czeka przez nadchodzące 1,5 tygodnia. Górskie powietrze, zieleń dookola i kąpiel w jeziorze - od jutra zaczynamy prawdziwe leniuchowanie ;).

 

 

17 lipca | godz. 20:00 | napisała: Ania

Rozpoczęliśmy kolejny etap naszej podróży. W pociągu jest niemiłosiernie gorąco, a przyprawy chińskie, których zapach unosi się w powietrzu, sprawiają, że zaczynam myśleć o jutrze, kiedy to opuszczę duszny wagon, wypełniony po dach Chińczykami. Z głośnika słychać strzępy lokalnej muzyki. Jest jeszcze za wcześnie na sen, więc wszyscy szukają zajęcia. Mateusz czyta przewodnik, przerywając od czasu do czasu, po to, by zamknąć, to znów otworzyć okno. Ściąga, to znów zakłada mokrą koszulkę. Właśnie jakiś Chińczyk usiadł na jego łóżku, ale tylko na chwilę. Powiedział coś do mnie, powachlował się i poszedł. Asia z Bartkiem są w drugim przedziale, tuż obok naszego. Ich łóżka już od początku obsiedli chińscy współtowarzysze podróży. Mimo tego Asia śpi skulona, Bartek natomiast próbuje zasnąć. A jakim zajęciom oddają się pozostali? Grupka mężczyzn rozprawia entuzjastycznie na jakiś temat. Śmieją się przy tym. Niektórzy spośród nich, to nasi, z najwyższych łóżek, bo zapomniałam dodać, że w przedziałach śpimy piętrowo. Prawie przy mojej głowie siedzi młoda parka: dlugowłosy chłopak i zadziorna dziewczyna, która od czasu do czasu krzyczy na niego. Ci już chyba zgłodnieli, bo zabrali sie za przygotowywanie chińskich zupek. Świetnie, aromaty w powietrzu będą jeszcze bardziej wyraziste. A ja leżę w całkowitym bezruchu i myślę o tym, co za mną, a także o tym, co nastąpi. Obrazy za oknem zmieniają się jak w kalejdoskopie. Za chwilę wszystko przykryje mrok. Rano obudzimy się w jeszcze innym zakątku tego pięknego świata...

 

 

18 lipca | godz. 15:00 | napisał: Bartek

Punktualnie o 22 w pociągu zgasło światło. Temperatura nieco spadła, atmosfera ucichła - poszliśmy spać. Obudziłem się przed 8. Zza okna przywitał mnie od dawna oczekiwany widok gór. Niestety były przysłonięte gęstą mgłą. Do stacji docelowej przybyliśmy o 9:40. Niska temperatura (ok. 25°C) i deszcz zmusiły nas po raz pierwszy do założenia kurtek. Po zjedzeniu śniadania, które było obiadem, udaliśmy się na dworzec autobusowy. Mimo zapewnień chińskiego rówieśnika spotkanego w pociągu okazało się, że tego dnia żaden autobus nie jedzie do Lijiang. Zależało nam na dotarciu tam jeszcze dziś, dlatego zaczęliśmy szukać alternatywy. Przed dworcem, oprócz dużych autobusów, były zaparkowane tez mini-busy. Ich oferta zaczynała się od 480Y. Wysoka podaż ulatwiła nam targowanie i wybór najwygodnieszego środka transportu. Ostatecznie pojechaliśmy za 370Y osobowym Volkswagenem Santana (prawie jak Passat z lat 80-tych). Przewidywany czas podróży: 7 h. Po pierwszych kilometrach utwierdziłem się w przekonaniu, że wybór był dobry: kierowca jechał pokonując zakręty dobrze mi znanym sposobem, jadąc przy tym dosyć szybko. Kolejne kilometry umilały nam przepiękne widoki pól ryżowych i kukurydzianych, które rosły na terasowanych stokach, na intensywnie zabarwionej, czerwonej ziemi. Każdy metr kwadratowy był umiejętnie zagospodarowany. Wszystko to w towarzystwie, niewielkiej jeszcze na tym etapie, rzeki Jangcy. Przed zmierzchem bedziemy na miejscu.

 

 

19 lipca | godz. 20:00 | napisał: Mateusz

Podróż po krętej himalajskiej drodze, cały czas pod górę, na docelową wysokość 2.400 m n.p.m., faktycznie była przeżyciem nie do zapomnienia. Do Lijiang, miasta w prowincji Yunnan, dotarliśmy późnym wieczorem i od razu udaliśmy się do poleconego nam wcześniej "Mama's Naxi Guesthouse". Pensjonacik położony jest wśród obszernej starówki, całej w jednolitej zabudowie, charakerystycznej dla piemienia Naxi zamieszkującego te rejony Chin. Uliczki są bardzo wąskie i miasteczko od piewszego wejrzenia wydało nam się niezwykle urokliwe. Mama's Naxi Guesthuse to najlepsze miejsce, w jakim do tej pory przyszło nam nocować. Specyficzny klimat tworzy starsza Chinka, która chińską angielszczyzną mówi o sobie w trzeciej osobie "Mama". Od razu po naszym przyjeździe przyrządziła nam obiad, który z kolei był najsmaczniejszym posiłkiem w naszej dotychczasowej podróży. Podobnie było z dzisiejszym menu, którym uraczyła nas "Mama". Nie wiemy jeszcze czy to zasługa kuchni prowincji, w której od wczoraj jesteśmy, czy ręki kucharki. Mnie akurat wcześniejsza kuchnia (syczuańska) w ogóle nie pasowała. Dzisiejszy dzień minął nam na leniwym spacerowaniu po starym mieście, wsród labiryntu brukowanych uliczek, czystych strumyczków i dziesiątek kamiennych mostków. To i tak więcej niż moje wcześniejsze plany, które zakładały cały dzień w łóżku. Niestety nocna podróż pociągiem przy otwartym oknie (a spałem na nawietrznej) wdała mi się mocno we znaki. Chociaż wczorajsza intensywna kuracja odnosi pierwsze sukcesy, niestety wciąż nie czuję się na tyle dobrze, aby udać się w zaplanowaną wcześniej dwudniową piszą wycieczkę wysokogórską do Przełęczy Skaczącego Tygrysa. Stąd na dwa dni rozdzielamy się - Asia i Bartek realizują plany, a my z Anią zostajemy na dole w Lijiang.

 

 

20 lipca | godz. 21:00 | napisał: Bartek

Tak jak planowaliśmy, punktualnie o 8 rano, wyjechaliśmy od mamuśki naxi do Wąwozu Skaczącego Tygrysa. Podróż do punktu startowego trwała 3 h i wiodła przez malownicze krajobrazy. Międzynarodową grupą (szli z nami Finowie, Amerykanka, Kanadyjczycy, Szwajcar, Norweg i Holendrzy; razem 11 osób) wystartowaliśmy o 11:00. Podczas pogawędek na szlaku okazało się, że większość ludzi podróżuje po całej Azji, a Chiny są tylko jednym z przystanków. Najczęściej odwiedzają Wietnam, Laos, Kambodżę i Birmę, a niektórzy zahaczają jeszcze o Indie, Mongolię. Minimalny czas podróży to 3 miesiące, a Holendrzy planują aż 7. Żeby wybrać się na tak długo, odkładali pieniądze przez rok i zrezygnowali z pracy. Ciekawe... Mimo, że w przewodnikach trek jest opisany jako ciężki, pokuszę się o porównanie, że jest podobny do podejścia na Ślężę. Cały dzień było bardzo słonecznie i do schroniska w którym spaliśmy szło się przyjemnie.

 

 

20 lipca | godz. 22:00 | napisała: Asia

Wynajelismy pokój z widokiem na góry (między innymi Górę Nefrytowego Smoka). Do pensjonatu "Halfway" (40Y pokój dwuosobowy z pościelą i ręcznikami, z prysznicem na zewnątrz) z "Jane Guesthouse" szliśmy 7 godzin (wliczając w to 45 minutową przerwę na obiad i liczne postoje w celu podziwiania widoków). Szliśmy sporą grupą. Pierwszy raz mieliśmy okazję pospacerować po tak wysokich górach (najwyższy punkt, na który się wdrapaliśmy miał 2670 m). Jest cudownie. Natura zupełnie egzotyczna, góry olbrzymie a w dole wąwóz, w którym płynie Jangcy. Chińczycy jak zwykle mili. Obiad zjedliśmy w "Naxi Family Guest House" za jedyne 17Y z piwem. Do połowy drogi szli za nami Chińczycy z końmi, w nadziei, że któreś z nas będzie na tyle zmęczone, by poprosić ich o wwiezienie na górę koniem. Po drodze napotkaliśmy liczne Chinki oferujące butelkę wody za 5Y (w supermarkecie w Chengdu ta sama woda kosztowała 0,96Y) oraz pasterzy z plemienia Naxi wypasających kozy. Natrafiliśmy rownież na chińskiego chłopca, który z gór schodził po zboczach niemalże jak kozica. Byliśmy wszyscy pod wielkim wrażeniem. Teraz po kolacji i podwieczorku odpoczymamy w małym, górskim pensjonacie, 2500 m n.p.m.

 

 

21 lipca | godz. 22:00 | napisała: Asia

Drugi dzień w Wąwozie Skaczącego Tygrysa. Przejście z pensjonatu do końca naszej trasy zajeło nam 1,5 h. Czas upłynął pod znakiem walki z owadami-ogromymi muchami (muchoptaszkami - przyp. Bartka), które są aktywne szczególnie nad ranem i które koniecznie chciały się z nami bliżej zapoznać. Tak więc schodziliśmy w dół machając co chwila przed sobą bluzami. Kolejna ciekawostka to przeprawa przez wodospad. Na trasie jest kilka wodospadów, jeden był szczególnie niebezpieczny, gdyż przepływał przez środek trasy, w miejscu, gdzie było bardzo wąsko. Każde poślizgnięcie mogło oznaczać spadek w kilkusetmetrowy wąwóz. Udało nam się przeprawić przez ten wodospad, jednak emocji nie brakowało. Widoki wynagradzają wszyskie trudności. Mała dygresja: w w wąwozie brakuje zabezpieczeń, nie ma poręczy ani siatek ochronnych, więc przeprawa przez wąwóz w deszczową pogodę, może być naprawdę niebezpieczna. Ostatecznie dotarliśmy do Tina's Guesthouse, gdzie spotkaliśmy resztę ekipy, z która rozłączyliśmy się dzień wcześniej. Stamtąd busem ruszyliśmy w kieurnku Lijiang. Przeprawa busem byla równie ekscytujacą jak samo przejście przez wąwóz. Kierowca pokonywał odcinki drogi tak wąskie, że wydawołyby się niemożliwe do przejechania. Nic bardziej mylnego. Chińskie autka, a przede wszystkim kierowcy nie znają pojęcia drogi nieprzejezdnej. Zmieszczą się wszędzie i przejadą nawet przez dziurawą drogę, przecinającą wodospad. Szczęśliwie dotarliśmy do Lijiang. Tam nasza grupa znowu sie połączyła i udaliśmy się w czwórke na uroczy spacer po górskim miasteczku.

 

 

21 lipca | godz. 22:30 | napisał: Mateusz

Po dwudniowej kuracji dochodzę powoli do siebie. Co prawda dzisiaj rano męczący katar przemienił się w męczący kaszel, ale "mama" zabrała mnie do apteki, gdzie zostałem wyposażony w łagodzące syropki (komplet za 3Y) i jest już zdecydowanie lepiej. Tak więc nasze dwa dni minęły na leniwym wypoczywaniu, a Lijiang wydaje się być idealnym miejscem na to. Niestety, podobne odczucia mają tysiące chińskich turystów. Wieczorami na wąskich uliczkach robi się tak tłoczno jak w Sylwestra na wrocławskim Rynku. Na dodatek Chińczycy uwielbiają podróżowanie w grupach zorganizowanych, więc co kawałek spotyka się kilkudziesięcioosobową grupę nie tylko z twarzami trudnymi do rozróżnienia, ale także na przykład w takich samych koszulkach lub czapeczkach. No i oczywiście są przy tym wszystkim bardzo głośni. Lijiang, przez swoją popularność, jest jak na chińskie warunki dość drogie. W restauracjach nierzadko można spotkać piwo za 20Y i kawę nawet za 65Y! Turyści są przeważnie zadbani, dobrze ubrani i często dysponują sprzętem foto, na widok którego ożywiam się. Bycie "elitą" nie przeszkadza im jednak w charaniu i pluciu pod siebie. Co się jeszcze rzuca w oczy - po uliczkach spaceruje sporo homoseksualistów, którzy nie kryją swoich uczuć. Aha! Z najświeższych obserwacji: chińskie psy nie reagują na gwizdanie!

 

 

22 lipca | godz. 17:30 | napisał: Mateusz

Ostatniego dnia w Lijiang już wydawało mi się, że jestem zdrowy. Wynajęliśmy 4 rowery i udaliśmy się na wycieczkę do pobliskiej wioski o nazwie Baisha. Niestety, długo nie popedałowałowaliśmy, gdyż zaczął padać deszcz. Będąc ledwie wyleczonym nie jestem twardzielem, więc razem z Anią zamieniliśmy środek transportu na taksówkę. Niestrudzeni cykliści Asia i Bartek pognali nie bacząc na pogodę. Spotkaliśmy się na miejscu. Baisha słynie w świecie przede wszystkim dzięki jednemu z jej mieszkańców - doktorowi Ho. O lekarzu o nadzwyczajnych zdolnościach napisano niejeden artykuł w światowej prasie i nakręcono liczne reportaże. Oczywiście odwiedziliśmy go. 83-letni skromny staruszek zamieszkuje w domku niewyróżniającym się z zewnątrz niczym od pozostałych. W środku na ścianach wiszą liczne kopie artykułów o doktorze, a na ziemi dziesiątki wiader z różnymi zmielonymi na mąkę ziołami. Doktor Ho bada pacjentowi puls, patrzy głęboko w oczy i na język. Następnie wydaje diagnozę i przydziela zestaw odpowiednio dobranych ziół. Opłata dobrowolna. Tak więc jesteśmy wyposażeni w woreczki z magicznymi mieszankami i teraz leczymy swoje różne przewlekłe dolegliwości.

 

 

22 lipca | godz. 18:00 | napisała: Ania

Opuszczamy Lijiang. Dziś po kolacji wyruszamy autobusem sypialnym do Kunming. Co potem? Mamy nadzieję na jakieś dogodne połączenie do Guilin. Kupowanie biletów w Chinach to wielkie wyzwanie i nie chodzi tylko o barierę językową. O tym jednak przy okazji. A jak było w Lijiang? Mimo krótkotrwałego podzielenia naszej paczki, każda z podgrup sympatycznie spędzała czas. Mi, w tym małym zamieszaniu, przypadła rola pielęgniarki-higienistki, która musiała (i chciała) opiekować się chorym. Tak więc dwa ostatnie dni upłynęły mi w klimacie sanatoryjnym. Co prawda nie było leżakowania pod ciepłym kocykiem, jak w "Czarodziejskiej górze", jednak codzienne spacerki owszem, owszem. Dzięki jednemu z nich uczestniczyliśmy w corocznym Święcie Ognia, które zrobiło nas spore wrażenie. Uwaga wszystkich Naxi skoncentrowana jest tego dnia na wykonaniu pochodni z drewna, kwiatów i ziół, a następnie zapaleniu ich przed swoimi domami, co ma przynosić szczęście. Zapamiętamy na pewno obrazki małych, chińskich dzieci, które skaczą odważnie przez ogień. Pacjentowi, pod wpływem tych scen nieznacznie wzrosła temperatura:) Ostatecznie jednak z karty pacjenta wynika, że jego stan zdrowia polepszył się. Stosowane chińskie leki zdały egzamin. Lijiang swoim klimatem sprawił, że wypoczęliśmy. Szkoda tylko, że pielęgniarka będzie musiała zamienić się rolą z pacjentem...

 

 

23 lipca | godz. 14:00 | napisał: Mateusz

Trudno w to uwierzyć, ale jesteśmy na półmetku naszej podróży. Czas biegnie nieubłaganie. Sporo już zobaczyliśmy, ale też sporo czasu zostało zmarnowanego dlatego, że czegoś nie wiedziliśmy lub coś źle zaplanowaliśmy. Trudno. Dzięki temu jesteśmy bogatsi o wiele doświadczeń, coraz mniej nas szokuje, liczne problemy na naszej drodze rozwiązujemy szybciej. Do jednego cały czas nie możemy się przyzwyczaić - do warunków sanitarnych. To, że Chińczycy są brudasami, wiedzieliśmy wcześniej, ale smród wydobywający się z większości toalet, które są dziurami w podłodze, jest nie do opisania. Na dodatek wiele publicznych miejsc załatwiania podstawowych potrzeb (dworce, bary...) nie posiada żadnego zamykania. Nie mam na myśli zamka - nie ma nawet drzwiczek! Chińczycy na powszechnym widoku, jak zwierzęta, kucają jeden obok drugiego i po załatwieniu się zdarza im się nawet nie użyć papieru toaletowego, którego zresztą nie ma. Po prostu wstają, nakładają spodnie i wychodzą. Szok. Poza tym pieniądze uciekają nam szybciej, niż zakładaliśmy. Niskie ceny bywają pułapką, chociaż i tak najwięcej tracimy na przejazdy i dojazdy. No właśnie - kolejna podróż za nami. Odległości są tutaj wszędzie ogromne. Autobus, który dowiózł nas do Kunming, stolicy prowincji Yunan i jedynie punktu przesiadkowego na naszej trasie, pokonywał przez 9 godzin odległość wydającą się na mapie znaczyć tyle co nic. Ze względu na oszczędność czasu wybraliśmy za 139Y od osoby autobus sypialny - jeden z "genialnych" chińskich wynalazków. W takim pojeździe zamiast siedzeń mieszczą się w dwóch piętrach i trzech rzędach wąskie i krótkie leżanki. Ciasno, niewygodnie i śmierdzi. Po porannym dotarciu do Kunming, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, od razu zajęliśmy się organizowaniem biletu kolejowego na dalszą podróż, mając nadzieję, że wyruszymy w nią tego samego dnia. Niestety... Nic bardziej złudnego. Chińczycy też mają wakacje i najbliższe wolne miejca w pociągu do Guilin lub Shezhen (alternatywny wariant) były dopiero na... 28 lipca! Planowanie podróży bardzo utrudnia chiński system kolejowy, według którego biletu nie można kupić na innej stacji niż ta, z której rozpoczyna się podróż. Przez to znów zostaliśmy skazani na spory wydatek - samolot. Na tak długie oczekiwanie w Kunming nie mogliśmy sobie już pozwlić. Mamy więc za 980Y od osoby bilety lotnicze do Shenzhen. Wylatujemy w najbliższy wtorek i tym samym pożegnaliśmy się z Yangshuo - jednym z uroczych górskich miasteczek koło Guilinu, które chcieliśmy odwiedzić.

 

 

24 lipca | godz. 21:00 | napisał: Mateusz

Po pierwsze chciałbym zdementować pogłoskę o tym, że jest nam tutaj źle. Bawimy się świetnie, a na dodatek z każdym dniem jest coraz lepiej. Oczywiście bywają trudne chwile, ale będziemy je z pewnością wspominać niedługo z uśmiechem na twarzy, a wakacje przejdą do historii jako te najlepsze. Po drugie - jesteśmy w Kunming. Kunming to czteromilionowe miasto, stolica prowincji Yunnan. Ponieważ jest położone na rozległej równinie o wysokości 2.000 m n.p.m., panuje tu bardzo sympatyczny klimat, jak na tę szerokość geograficzną. W krótkich spodenkach i T-shirtcie nie jest ani za zimno ani za gorąco. Miasto, zamieszkiwane w większości przez rdzenną grupę etniczną o wdzięcznej nazwie "Hui", samo w sobie jest dość sympatyczne. Nowoczesne, czyste i przede wszystkim zielone. Wszystkie trawniki, mosty, a nawet pasy oddzielające szerokie jezdnie czy krawędzie estakad są wyścielone przystrzyżoną trawą, licznymi kwiatami i inną roślinnością. Niestety do zwiedzania nic tu nie ma oprócz jednej świątyni buddyjskiej, dwóch pagód i muzułmańskiej uliczki, która jest na etapie wyburzania. Wczoraj, po zwiedzeniu wszystkich wymienionych wyżej zabytków, snuliśmy się ulicami wsród nowoczesnych wysokich biurowców. Na swojej drodze minęliśmy mnóstwo luksusowych centrów handlowych, a jedno z nich odwiedziliśmy. Wielkość warszawskiej Arkadii, w środku sporo sklepów znanych globalnych marek, w cenach podobnych do zachodnich. To uświadomiło nam, po raz kolejny, jak spore jest rozwarstwienie społeczne w tym kraju. Uwaga! Znaleźliśmy między innymi Carrefour! Na dwóch piętrach powierzchi handlowej, wśród chińskich przysmaków, leżały sobie między innymi najprawdziwsze bagietki. Dokupiliśmy do nich masło (produkt luksusowy, Made in Australia) i mieliśmy fantastyczną kolację. Sery, takie jak francuski President czy zwykłe gołdy, w horrendalnych cenach. Dzisiaj po raz kolejny musieliśmy podzielić się na dwa zespoły. Ja z przeziębioną Anią zostałem w hostelu, czytają przewodniki i opracowując dalsze plany, a Asia z Bartkiem wybrali się na wycieczkę poza miasto na okoliczne wzgórze nad jeziorem.

 

 

25 lipca | godz. 14:00 | napisał: Mateusz

Samolot Shenzhen Airlines z nami na pokładzie wylądował w Shenzhen punktualnie o godzinie 10:20. Po wyjściu z samolotu od razu uderzył nas żar, od którego zdążyliśmy się już odzwyczaić. Do tego mgła i charakterystyczny zapach zgnilizny w powietrzu. W końcu jesteśmy już poniżej zwrotnika raka. Wzięliśmy taksówkę i od razu udaliśmy się w kierunku centrum miasta, bynajmniej nie po to, aby zwiedzać. Shenzhen to miasto bez jakichkolwiek zabytków, gdyż zostało zbudowane od podstaw niedawno. Jeszcze 25 lat temu było małą wioską rybacką, a dziś jest nowoczesną metropolią, w której mieszka 10 milionów ludzi. W okolicznej specjalnej strefie ekonomicznej ulokowanych zostało 100 tysięcy fabryk i zakładów. Udaliśmy się tutaj dlatego, że jest miastem graniczącym z Hongkongiem, do którego właśnie zmierzamy. Tak więc w centrum Shenzhen najpierw udaliśmy się na dworzec kolejowy, aby kupić bilet na dalszą drogę - pociąg do Pekinu (tak, tak, czas wracać...) na 29 lipca. Obyło się prawie bez problemów, gdyż mamy już sposób. Polega on na poproszeniu Chińczyka (względnie Chinki) posługującego się choć trochę językiem globalnym o zapisanie na kartce w chińskim alfabecie nazwy stacji docelowej oraz rodzaju miejscówki. Do tego dopisujemy datę i numer pociągu i udajemy się z ową karteczką do kasy biletowej. Jeśli kasjerka nie ma dodatkowych pytań ani wątpliwości to bilety są nasze. Teraz jemy ostatni posiłek jeszcze na terenie Chin. Wszyscy otrzymali to, co sobie zażyczyli, oprócz Bartka, który zamówił smażony makaron z warzywami, a otrzymał smażone naleśniki oraz zupę z makaronem i warzywami. Przed nami przejście graniczne z Hongkongiem.

 

 

27 lipca | godz. 15:30 | napisał: Mateusz

Zakochałem się... Odnalazłem miasto moich snów. Zresztą każdemu z nas bardzo się podoba, dlatego taka pustka na blogu. Nie ma nas od rana do nocy, każdą minutę chcemy poświęcić na cieszenie się Hongkongiem. Dlatego szczegółowo opiszę wrażenia i tutejsze atrakcje prawdopodobnie dopiero w pociągu do Pekinu. Dzisiaj mała przerwa - jesteśmy na jednodniowej wycieczce w Macao, chińskiej Portugalii, gdzie przypłynęliśmy promem.

 

 

27 lipca | godz. 20:00 | napisał: Bartek

Makao, była kolonia portugalska, było celem dzisiejszej eskapady. Na wyspę dostaliśmy się wodolotem z napędem odrzutowym. Wielu pasażerów poczuło odrzut po 10 minutach rejsu, co objawiało się m.in. poprzez nerwowe bieganie po pokładzie stewardess, dostarczających papierowe woreczki. W atmosferze dźwięków sprzyjających powstawaniu efektu domina, po wydaniu 312 HK$/os w obie strony i 50 minutach, byliśmy na miejscu. Tym razem wszystkie tabliczki, ulotki i "inne takie takie" (cyt. Oksana) były już w 3 językach. Ciekawe ilu z mieszkańców wyspy włada nimi wszystkimi. Jeden skośnooki w każdym razie znał słowo obrigado, użyte przez nas w celu pozbycia się go. Zaczęliśmy od wizyty w muzeum wina, do którego przyciągnęła nas m.in. bezpłatna degustacja :) Po kilku kieliszkach (jak się później okazało - dzięki uprzejmości kelnera, bo przysługiwał tylko 1 kielonek), z uśmiechami na twarzach, ruszyliśmy do starej części miasta. Okres panowania Portugalczyków odbił swoje piętno na architekturze miasta - wąskie uliczki, kostka brukowa ułożona w fale, ajulejos w oknach domów o charakterystycznej architekturze, a także nazwy ulic pisane na porcelanowych płytkach. Tak, niestety, wygląda tylko stara część miasta; reszta to blokowiska albo szklane wieżowce (kilka, i dużo niższe od tych w HK). W drodze powrotnej weszliśmy na wzgórze z twierdzą, gdzie zaskoczył nas widok mnóstwa uprawiających jogging tubylców. To jeden z niewielu parków na wyspie, pewnie dlatego. Wykorzystując okazję zaopatrzyliśmy się w portugalskie wino, które dziś wieczorkiem wypijemy :-P

 

 

29 lipca | godz. 12:00 | napisał: Bartek

Wyjeżdżamy z Hongkongu. Byliśmy tu 4 dni. Z atrakcji turystycznych widzieliśmy: Wzgórze Wiktorii (pomijam wypad do Makau). Tak, to tyle. Może HK ma coś jeszcze do zaoferowania oprócz widoku potężnych drapaczy chmur i wspomnianej górki, ale skupiliśmy się na czynności, którą, zdaje się, uprawia tutaj większość turystów. Robieniu zakupów. A co. To też forma wypoczynku :) Setki, nieee, tysiące sklepów. W mall'ach, galeriach, arkadach, pasażach...
Trafiliśmy na okres wyprzedaży (tak się nam przynajmniej wydawało, bo może trwa tu cały rok :-> ) i nasze organy pod tytułem oczy przeszły przyspieszoną ewolucję, wyczulając nas na napis SALE znajdujący się w odegłości 1 km. Przez tych kilka dni nasze rozmowy odbiegły nieco od tematów tzw. ambitnych. Każdy z nas szukał odpowiedzi na nurtujące pytanie: brać? To coś co można porównać do gorączki złota; trzeba tu być, żeby zrozumieć...

 

 

29 lipca | godz. 18:30 | napisał: Mateusz

Chiny znów powitały nas smrodem z toalet. Po Honkongu ciężko będzie przestawić się... Teraz jedziemy pociągiem z Shenzhen do Pekinu. Trzy godziny podróży już za nami, przed nami jeszcze 21. Za oknami znów obrazki z National Geographic, ale tym razem, oprócz pól ryżowych, także sady bananowe. Mamy miejsca sypialne na samej górze i jest bardzo wygodnie. Zresztą ten sypialny jest zdecydowanie lepszy od poprzedniego i to w ogóle chyba dobra okazja do wspomnienia o chińskim systemie kolejowym. Każdy pociąg ma swój numer - nasz to T108. Właśnie pierwsza litera oznacza klasę pociągu. Najbardziej luksusowe są pociągi "Z". Nasz "T" jest kolejny w klasyfikacji. Wagony są czyste, na korytarzach dywany, grają delikatne chińskie przeboje popowe i przede wszystkim działa klimatyzacja. Poprzednio, z Chengdu do Panzhihua, jechaliśmy pociągiem "K", a jeszcze gorsze są pociagi bez literki, oznaczone jedynie numerem. Oprócz klasy pociągu pasażer wybiera rodzaj miejscówki. Najbardziej komfortowe i zarazem najdroższe są tzw. "soft sleepery", czyli mniej więcej nasza pierwsza klasa sypialna - przedziały są czterołóżkowe, przestronne, luksusowo wykończone. My wybieramy drugą klasę sypialną, czyli "hard sleeper". Nie oznacza to wcale, że łóżka są twarde. Jest po prostu ciaśniej i w otwartych przedziałach mieści się po 6 łóżek. Do wyboru jest jeszcze "soft seat" - pierwsza klasa z miejscówkami siedzącymi i najtańszy "hard seat" - wagony, w których kotłuje się mnóstwo ludzi, zarówno na siedząco, jak i stojąco. Tam po prostu sprzedaje się znacznie więcej biletów, niż jest miejsc. Można zatem łatwo wyobrazić sobie wsiadanie Chińczyków do "hard seatów", uwzględniając ich zamiłowanie do przepychania się. Ciekawy jest też fakt zaskakującego porządku na dworcach. Do hali głównej można przejść dopiero po kontroli bagażu, podobnej do tej na lotniskach, natomiast na peron wejdą przez specjane bramki jedynie posiadacze biletu ważnego na konkretny przejazd. W pociągach każdy z wagonów ma swojego opiekuna, który wita pasażerów, dba o to czy nic złego im się nie dzieje, wyrzuca śmieci, zasuwa firanki, itd. Tyle o pociągach - miałem przede wszystkim napisać o Hongkongu. Otóż Hongkong to obecnie niezależna administracyjnie chińska prowincja, leżąca na 260 wyspach (z których zdecydowana większość jest malutka i niezamieszkana). Jeszcze do 1997 roku tereny te należały do Wielkiej Brytanii i właśnie wpływy brytyjczyków można dostrzec i odczuć na każdym kroku. Obecnie wciąż Hongkong i Chiny to dwa zupełnie inne światy. Dla mnie dawna brytyjska kolonia bardzo przypomina Londyn, ale z nutką orientu. Owo podobieństwo daje się odczuć zarówno w ogólnym charakterze miasta, jak i w licznych szczegółach, takich jak na przykład napisy "LOOK RIGHT" przy przejściach dla pieszych (ruch w Hongkongu jest lewostronny). Centrum miasta jest ciasną wyspą o tej samej nazwie, co prowincja. Faktycznie jest to jedna wielka góra wystającą z morza, na której szczyt (wspomiany już wcześniej Victoria Peak) można dojechać kolejką czynną od 1888 roku. Naokoło szczytu znajdują się bardzo atrakcyjne tereny rekreacyjne i luksusowe wille zbudowane na działkach jednych z najdroższych na świecie. Wyspę od strony lądu pokrywają setki kilkudziesięciopiętrowych wieżowców, a w nich banki, centra finansowe, luksusowe hotele, restauracje i gigantyczne galerie handlowe. Po stronie południowej znajdziemy liczne bloki mieszkalne i eleganckie plaże. Po wyspie można poruszać się między innymi piętrowymi autobusami, piętrowymi tramwajami, rozbudowaną siecią metra lub najdłuższymi na świecie ruchomymi schodami, liczącymi 800m. Oprócz nowoczesności, urzekła mnie "piętrowość" Hongkongu. Jest dużo wąskich i stromych uliczek, pomiędzy którymi albo wystrzeliwują w niebo równie wąskie wieżowce (wygląda to tak, jakby na każdym z poziomów 50-cio piętrowca było miejsce tylko na jedną kawalerkę lub małe dwupokojowe mieszkanie) albo pojawiają się na estakadach szerokie arterie komunikacyjne, które zaraz nikną w tunelach. My na wyspę dopływaliśmy promem, gdyż mieszkaliśmy po stronie lądowej, w handlowej dzielnicy Kowloon. Nasz hostel mieścił się na szesnastym piętrze budynku przy głównej ulicy Nathan Road. Dzielnica żyje do późnych godzin nocnych, a po zmroku wcale nie robi się tam ciemniej. Każdy rejs na wyspę to zapierający dech w piersiach spektakl nowoczesnej architektury. Szczególnie pięknie widok prezentuje się właśnie w nocy, gdyż budowle są elegancko podświetlone, a do tego wspomagane niezliczoną ilością neonów i reklam. Czasami Victoria Peak oraz szczyty najwyższych budynków, w tym 74-piętrowe International Finance Center, na który zresztą byliśmy, niknęły w chmurach (lipiec jest porą deszczową w tej szerokości geograficznej), co jedynie dodawało uroku i tajemniczości pejzażowi. Niepowtarzalny charakter Hongkongu tworzą także jego mieszkańcy, którzy są grupą dość zróżnicowaną kulturową. Dominują oczywiście rdzenni mieszkańcy tych rejonów geograficznych, ale oprócz nich wszędzie pełno białych, czarnych i między innymi hindusów. Wszyscy są eleganccy, zadbani, nie charają ani nie plują i płynnie posługują się językiem angielskim, który jest (obok chińskiego) językiem urzędowym. Walutą Hongkongu jest dolar, ciut mocniejszy od chińskiego yuana (1 HK$ = 0,42 PLN). W porównaniu z Chninami życie codzienne jest znacznie droższe, co bardzo odczuliśmy, ale średnie ceny nie są wyższe, niż w Polsce. Za nocleg (a bardzo marny był ten hostel) płaciliśmy po 60HK$ od osoby, najtańsza woda w supermarkecie to 6HK$, bułka 3HK$, metro 4-11HK$, dobry europejski obiad z zupą w PizzaHut 49HK$. Elektronika w sklepach w cenach naszego Allegro, ale za to outlety i przeceny odzieży takich marek, jak Esprit czy Benetton, bardzo okazyjne. Dzięki temu, o czym wspomniał już Bartek, mieliśmy cel w snuciu się po mieście. Hongkong to miasto, za którym już tęsknię i wiem, że będę tutaj wracał. Zaczarowało mnie.

 

 

31 lipca | godz. 13:00 | napisał: Mateusz

Pociąg T108 wjechał wczoraj na peron dworca Beijing Xi z zadziwiającą punktualnością 15:22:00. Od razu zakupliśmy bilety na kolejną, ostatnią już wycieczkę podczas tej podróży. Mieliśmy nadzieję, że wyruszymy tego samego dnia, ale najbliższe wolne miejsca w interesującym nas pociągu były dopiero dzisiaj. I tak mogło być gorzej. Udaliśmy się zatem autobusem miejskim do znanego już nam Leo Hostelu. Niestety z powodu pełnego obłożenia oddelegowali nas do innego budynku. Dostaliśmy dwupokojowy klimatyzowany apartament z łazienką, ale aż za 320Y. Wieczór spędziliśmy na spacerze po znajomej pekińskiej starówce, brudnej i śmierdzącej. Ceny odzieży, obuwia i pamiątek, po wizycie w Hongkongu, wydawały nam się śmiesznie niskie. Jednak jakość produktów, oferowanych na tamtejszych targowych stoiskach, jest lekko mówiąc marna. Dodatkowo podrobione metki "Hugo Boss", "Armani" czy "Adidas" zniechęcają do jakichkolwiek zakupów. Dzisiaj rano na dworzec kolejowy jechaliśmy w ogromnym korku i strugach deszczu. Po przejściu zaledwie kilkuset metrów z przystanku autobusowego do hali dworca byliśmy kompletnie przemoczeni. Do pociągu wsiedliśmy na ostatnią chwilę. Jedziemy bardzo wygodnym piętrowym "soft seatem". Siedzący obok Chińczycy są już po wódeczce 0,6l na dwóch, a my zaledwie po piwie, więc dialog nie klei się. Czytam "Rok Koguta" Guya Sormana - książkę, w którą zaopatrzyłem się jeszcze przed wyjazdem. Dzięki niej mój obraz Chin staje się pełniejszy i utwierdzam się w przekonaniu, że to smutny i brutalny kraj, a partia rządząca bardzo krzywdzi Chińczyków. Książka jest doskonałym uzupełnieniem tego, co tutaj zobaczyłem. Za godzinę będziemy już na miejscu - w nadmorskiej miejscowości Shanhaiguan. Oprócz plaży docelowe miejsce naszej podróży oferuje coś jeszcze - wyjątkowego i bardzo chińskiego. O szczegółach wkrótce.

 

 

31 lipca | godz. 20:30 | napisał: Mateusz

"A oczom ich ukazał się mur". Gdyby nasze wpisy do bloga miały tytuły, właśnie taki nadałbym temu. Przyjechaliśmy do Shanhaiguan z kilku powodów. Po pierwsze właśnie tutaj jest początek Chińskiego Muru. Wyrasta on na plaży Morza Żółtego i biegnie setki kilometrów dalej. Po drugie jest to jedyne miejsce na naszej trasie położone na wschód od Pekinu. Stąd równie blisko do Włodywostoku jak i do Phenianu. Po trzeci wreszcie nie jest to (nie rozumiem dlaczego) miejscowość tak bardzo oblegana przez chińskich turystów, jak wiele poprzednich na naszej trasie. W przewodniku Pascala o Shanhaiguan jest jedynie wzmianka, a w Lonely Planet (ponoć) również niewiele. Pomysł wybrania się tutaj podsunęła nam relacja opisana na forum travelbit.pl. Miejscowość faktycznie nie jest jeszcze przygotowana na masowy napływ turystów, chociaż już widać szykujące się zmiany w postaci modernizacji nawierzchi głównych traktów czy pierwszych anglojęzycznych hoteli. Znacznie bardziej popularna jest pobliska Beidaihe - nadmorski kurort światowej klasy. Nocleg znaleźliśmy chyba najlepszy z możliwych - w Hotelu Jinshan, ulokowanym w centrum starego miasta i niemal przyklejonym do Wielkiego Muru. Znów mamy apartament, ale tym razem za 280Y (cena wyściowa 580Y). W samym mieście nic ciekawego oprócz muru nie ma, tylko brud, syf i smród. Widać, że mieszkańcom Shanhaiguan żyje się bardzo biednie. Nic dziwnego - nie ma tutaj jeszcze ani megaprzemysłu ani masowej turystyki. Wieczorem wybraliśmy się na południe miasta w stronę morza. Do samej plaży nie dotarliśmy ze względu na wszechobecne wysokie opłaty wejściowe, ale początek muru widzieliśmy. W drodze powrotnej zaopatrzyliśmy się na targu w owoce, z których urządzimy sobie kolację. Jutro wybieramy się na północ. Tam zaczynają się góry, a pośród nich oczywiście mur.

 

 

1 sierpnia | godz. 20:00 | napisał: Bartek

Każdy turysta, który odwiedza Państwo Środka, ma na swojej liście Chiński Mur. W innym przypadku, wydaje mi się, powinien czuć niedosyt. W agendzie dnia dzisiejszego mieliśmy spacer po murze i dotarcie nim na Górę Długowieczności, gdzie po raz pierwszy wznosi się on znacząco powyżej poziomu morza. Miejsce, w którym zaczęliśmy, było nastawione na turystów, toteż Mur był zadbany. Prawdę mówiąc na nic się nie nastawiałem, ale gdy już się tam znaleźliśmy pomyślałem, że wolałbym spacerować po, nazwijmy, prawdziwym Murze. Takim, po którym niegdyś chodzili chińscy wojownicy. Żeby dostać namiastkę tego, o czym piszę, przeszliśmy przez murek który kończył "legalny" szlak i znaleźliśmy się na jego dzikim odcinku. Przeszliśmy nim kilkaset metrów, ale okazał się nieco niebezpieczny, więc zawróciliśmy. Po wejściu na najwyższy dostępny dla turystów punkt, ukazał się nam piękny widok jeziora pośród gór nad którym przebiegała kolejka kabinowa. Postanowiliśmy się nią przejechać, nie wiedząc jeszcze co nas czeka, poza ciekawymi krajobrazami. Otóż po wyjściu przywitało nas dwóch strażników, jak się później okazało, rezerwatu przyrody. Nie chcieli nas wypuścić bez uiszczenia opłaty w wysokości 90Y/os. Powiedzieliśmy, że nie mamy tylu pieniędzy i chcemy jedynie wziąć taksówkę i wrócić do Shanhaiguan. Bezskutecznie - nie chcieli nas wypuścić. Po ok. 30 minutach dyskusji (w tym 10 minut siedzenia na ziemi celem pokazania, że się stąd nie ruszymy) jeden ze strażników odprowadził nas pod wejście do rezerwatu. Zwycięstwo! 90Y w kieszeni! Po takim "zaoszczędzeniu", już jako nasyceni, ale mimo wszystko głodni turyści, postanowiliśmy zjeść porządny obiad :-) Tutaj ciekawostka. Jednym z najpopularniejszych sposobów przyrządzania potraw w tej części Chin jest tzw. kociołek mongolski, który chodził nam po głowie od pewnego czasu. Polega on na tym, że na stół przynoszony jest garnek - miska z bulionem (podstawa do wyboru) i wrzuca się do niego to, na co ma się ochotę (od warzyw po mięso). Naczynie jest cały czas na ogniu, a kolejność wrzucanych składników - dowolna. Kompozycja którą zrobiliśmy była bardzo smaczna (to moje zdanie :->). A propos: polecam gotowany czosnek (całe ząbki), np. z ziemniakami.

 

 

2 sierpnia | godz. 20:30 | napisał: Mateusz

Rano udaliśmy się na najbardziej komercyjną część muru w Shanhaiguan - położone w centrum miejscowości "Pierwsze Przejście Poniżej Niebios". Nie był to najlepszy pomysł. Spacer dwustumetrowym i świeżo odbudowanym kawałkiem muru, w tłumie skośnookich i wśród dziesiątek "grających" straganów z tandetą, to wyrzucone 50Y. Muzeum muru, wliczone w cenę biletu, również niewiele oferowało. Po niezbyt udanym poranku wsiedliśmy do pociągu, który przywiózł nas spowrotem do Pekinu. Tym razem jechaliśmy "hard seatem" za 65Y, ale wcale nie było źle. Może dlatego, że był to dość luksusowy pociąg klasy T. Wieczorem chcieliśmy wprowadzić się do naszego "Leo Hostelu", ale znów nas zawiódł. Na szczęście dziewczyny po krótkim rozeznaniu wśród konkurencji zaprowadziły nas do pobliskiego "365 Inn" i był to strzał w dziesiątkę. W dużej i sympatycznej dwójce za 178Y pozostajemy w cztery osoby do końca naszego pobytu w Chinach.

 

 

3 sierpnia | godz. 23:30 | napisał: Mateusz

Nastawieni na całodzienne zwiedzanie Pekinu wstaliśmy dzisiaj o 7:00 rano. Już o 10:00 byliśmy gotowi do wyjścia. Pierwszy i jedyny punkt programu: "Zakazane Miasto", czyli ulokowany w centrum Pekinu ogromny kompleks pałacowy, zamieszkiwany niegdyś przez Cesarzy i przez setki lat niedostępny dla przeciętnego śmiertelnika. Wśród tłumu głośnych chińskich turystów, wyposażonych w parasole chroniące przed słońcem, ustawiliśmy się w kolejce po bilety wstępu (60Y). Od razu zainteresowała się nami młoda Chinka studiująca język angielski, która w czasie wakacji pracuje na etacie licencjonowanego przewodnika po "Zakazanym Mieście". Zaproponowała nam swoją usługę w cenie 200Y za 1,5 godziny. Po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się skorzystać. Laura, gdyż tak pani przewodnik prosiła mówić do siebie, oprowadziła nas po najważniejszych miejscach pałacu cesarskiego opowiadając mniej i bardziej ciekawe historie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Laura za każdy rok nauki na swoim uniwersytecie płaci 8.000Y. Nie istnieje w Chinach szkolnictwo darmowe. Mnie ten fakt uświadomił jak bardzo system polityczny pogłebia rozwarstwienie społeczne, które i tak sięga tutaj zenitu. Na wysłanie dziecka do szkoły mogą sobie pozwolić nieliczni (na przykład zwykły nauczyciel wiejski zarabia 80Y miesięcznie). Normalnie w tym nienormalnym kraju żyją jedynie Ci, którym udało się odnieść sukces. Sukcesu natomiast nie osiągnie żaden Chińczyk, który nie jest odpowiednio politycznie ułożony. Jeszcze jedna ciekawostka: Chińczyk, który nie pracuje fizycznie, aby zaakcentować ten fakt, zapuszcza paznokcia na jednym z palców ręki.

 

 

4 sierpnia | godz. 14:00 | napisał: Bartek

Potężny, gmach o kwadratowej podstawie, komunistycznej architekturze i wysokości, bo ja wiem, ze 20-stu metrów, znajduje się prawie na środku placu Tiananmen. Tak wygląda mauzoleum Maoego (czyt. małego) Zedonga. Duży budynek dla małego człowieka. Postanowliśmy razem z Mateuszem zobaczyć go dziś od środka. Przechodząc obok tej budowli wczoraj po południu, kolejka miała ok. kilometr długości (licząc, że w 10 m jest 30 osób, to ok 3 tys. osób), dlatego wybraliśmy się rano, tuż po otwarciu, żeby skrócić czas oczekiwania. Faktycznie było lepiej, o jakąś połowę. W szyku wyznaczonym przez żółte, przerywane linie, których przekroczenie było upominane monitem z megafonu, poruszaliśmy się dosyć szybko. W kolejce pełen przekrój społeczeństwa - od młodych po starych; z długimi i krótkimi paznokciami. Żadnych białych. Tuż przed wejściem - kwiaciarnia z żółtymi tulipanami, które można złożyć przed pomnikiem Przewodniczącego, znajdującego się w pierwszej sali do której weszliśmy. Składanie kwiatów wyglądało prawie jak zapalanie kadzideł w buddyjskich świątyniach. W drugiej sali, za - jak się domyślamy - pancerną szybą, leży Mao. Jest ubrany w mundur i przykryty flagą ChRL, twarz sprawia wrażenie plastykowej. Znalazł się tutaj wbrew swojej woli skremowania zwłok, możliwe że w konsekwencji zadziałania systemu który sam utworzył (chyba że plastykowy wygląd nie jest złudzeniem, a całość to mistyfikacja). Tych kilkanaście minut to dla mnie żywy przykład tego, o czym pisze Guy Sorman w "Roku koguta".

 

 

4 sierpnia | godz. 22:00 | napisał: Mateusz

To już jest koniec... Jesteśmy w wirze pakowania się, więc teraz jedynie kilka zdań. Jutro o 11:40 odlatujemy z Pekinu. Najpierw do Moskwy (tam niestety 6 godzin oczekiwania) i następnie do Warszawy, w której będziemy po 21:00 polskiego czasu. Do domu powinniśmy dojechać w nocy z soboty na niedzielę. Na opisanie ogólnych refleksji z minionego miesiąca przyjdzie czas pewnie jutro, więc to blog-a jeszcze nie kończymy.

 

 

5 sierpnia | godz. 14:00 | napisał: Mateusz

Wakacje spędzone w Chinach były najbardziej wyjątkowe w moim dotychczasowym życiu. Najbardziej inne i najciekawsze. Cieszę się, że wybraliśmy właśnie Chiny spośród propozycji, które padły. Byłem, zobaczyłem, poznałem ludzi, kulturę, itd. Ze względu na Chińczyków - ich mentalność i sposób życia, które mi po prostu nie odpowiadają, wiem, że nie będzie mnie ciągnęło aby szybko tutaj wracać. Jeśli jeszcze raz przyjadę kiedyś do Chin jako miejsca na odpoczynek (aby zobaczyć to, czego nie udało się odwiedzić tym razem lub przypomnieć sobie ulubione miejca, takie jak Lijiang), myślę, że nastąpi to nie wcześniej niż za 30 lat. Wyjątkiem jest Hongkong, o który na pewno będę chciał zahaczyć przy jakiejkolwiek kolejnej wizycie w tej części Azji. O czym jeszcze w podsumowaniu warto wspomnieć? Nie chciałem wcześniej (aby nie zapeszyć), ale Chiny to bardzo bezpieczny kraj dla turysty. Nie tylko dlatego, że nas nie okradli ani nie pobili, ale także ze względu na to, że nawet nie czułem takiego zagrożenia. Zjawisko "dresiarstwa" nie istnieje, a im Chińczyk biedniejszy tym zazwyczaj bardziej przyjazny. Czym innym jest ciągłe wyłudzanie pieniędzy za wszystko, co się da i oszukiwanie na każdym kroku. Na to jednak możemy się godzić lub nie. Lepiej więc znać wartość usługi czy produktu przed przystąpieniem do transakcji lub przyjąć średnią 20-30 procent ceny wyjściowej. Targowanie się to podstawa chińskiej kultury biznesu, więc są w tym naprawdę dobrzy. Jeśli turysta tego nie wie lub nie potrafi być twardym w trzymaniu się swojej propozycji ceny to bardzo wiele na tym straci. Pod koniec radziliśmy sobie tak dobrze, że nawet niektórzy Chińczycy dziwili się nam jak zbijaliśmy cenę do 15 procent wyjściowej. Kolejną kwestią, o której chciałem wspomnieć, jest stosunek do człowieka jako jednostki. W Chinach nie szanuje się człowieka (może jest ich tam za dużo?) i Chińczycy nie szanują się wzajemnie. Widać to między innymi przypatrując się ruchowi drogowemu. Samochód ma zawsze pierwszeństwo, później są riksze i rowery, a na końcu piesi. Nikt, nawet jak na skrzyżowaniu stoi policjant, nie zatrzyma się przed prawoskrętem aby przepuścić pieszego, który ma zielone światło! Trzeba mieć oczy z przodu i z tyłu i naprawdę bardzo uważać, aby nie zostać rozjechanym. A propos ruchu drogowego. Z początku wydawało mi się, Chińczycy jeżdżą bardzo niebezpiecznie, jednak niewielka liczba kolizji, które widzieliśmy i brak obitych samochodów mogą świadczyć o tym, że wcale tak nie jest. Jeżdżą dość wolno, ale wiecznie lawirują między pasami (linia ciągła nic nie znaczy) i trąbią na potęgę. Ten ostatni fakt postrzegam jednak już teraz jako zaletę, a nie wadę (pomimo tego, że po jakimś czasie może rozboleć głowa). Zatrąbienie ma po prostu inny cel - nie skarcenie, lecz ostrzeżenie. Ostrzegają się przy wyprzedzaniu, przed zmianą pasa, przed skrzyżowaniami, przed zakrętami w górach, itd. Tyle z ostatnich spostrzeżeń, które przychodzą mi do głowy.

 

 

5 sierpnia | godz. 15:00 | napisała: Ania

Zakończył się kolejny, mały rozdział mojego życia. Zamknęłam za sobą na jakiś czas drzwi kultury chińskiej, kultury, która pozostanie we mnie. Każdy dzień spędzony w Chinach uczył życia. Małe obrazki, sceny, twarze ludzi, ich gesty - to wszystko nieustannie uświadamiało, jak różne bywa życie i jak mało może znaczyć człowiek. W pamięci mam obraz chińskiego policjanta, który z wściekłością na twarzy bije małą dziewczynkę na oczach jej matki stojącej pośród ludzi. Widzę także Chińczyka, który zmuszony przez funkcjonariusza, niszczy swój marny, prowizryczny kramik, dzięki jakiemu zarabiał na życie. Widzę wreszcie zaciśnięte usta, podniesione dumnie głowy i zimne spojrzenia młodych strażników spokoju Wielkiego Mao przy placu Tiananmen. Wśród smutnych obrazów, okrutnej, niecierpiacej sprzeciwu rzeczywistości żyje człowiek; dziecko bawiące się patyczkami na ulicach dzielących zagrzybiałe, sypiące się hutongi; matka gotująca obiad wśród kurzu wzbijanego nieustannie przez tłumy przechodniów; ojciec - głowa rodziny - próbujący zarobić na życie, reperując stare rowery sąsiadów... Smutno. Mimo tego, jak wyglądała chińska codzienność, widziałam uśmiech, zabawne sytuacje, dzieci podekscytowane wypowiedzianym "hello", na które odpowiadaliśmy uśmiechem. To krzepi, choć trochę. Przede wszystkim jednak uczy szacunku do tego co mam, wolnego, pełnego godności życia.

 

 

6 sierpnia | godz. 3:00 | napisał: Mateusz

Jesteśmy w domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Po rozpakowaniu i "ogarnięciu" się zabiorę się za zdjęcia, więc pewnie do końca tygodnia pojawi się tutaj obszerna fotogaleria.

 

 

© Mateusz Molasy 2006

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE - KOPIOWANIE, DRUKOWANIE, ROZPOWSZECHNIANIE ZDJĘĆ BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE,
STANOWI NARUSZENIE PRAW AUTORSKICH I PODLEGA KARZE PRZEWIDZIANEJ W KODEKSIE KARNYM.